



Duza przerwa
Spowodowana lenistwem. Jak najbardziej.
Ale i duzo sie nie dzialo w tym czasie. Nie mam na koncie spektakularnych wyjazdow, efektownych kursow i niepowtarzalnych czynow. Ach! I nawet nie zmienilam miejsca zamieszkania, choc wszyscy w napieciu czekaja na ta chwile.
Nadal mieszkam z Agustinem (zamieszczam foto) na Santsie. Agustin jest uroczym mlodym czlowiekiem z Zaragossy, swietnie sie rozumiemy i uwielbiamy spedzac razem czas. Mieszkamy w malym mieszkanku, malutkim nawet (ale spokojnie kazde z nas ma swoj pokoj , aczkowiek malutki) na Santsie.
Sants jest moja ulubiona dzielnica w Barcelonie i doprawdy nie chcialabym w tym miescie mieszkac w jakiejkowiek innym miejscu. Jest to jedna ze starszych dzielnic Barcelony, ale w przeciwienstwie do naprzyklad Gracii – jest zupelni niekatalonska. Dopiero w 1897 roku po dlugim czasie samodzielnego funkcjonowania zostal dodany do miasta Barcelona (z roznymi przejsciami z tym zwiazynymi z reszta, zainteresowanych odsylam do wikipedii). Sants jest dzielnica emigrantow z calego swiata, w chwili obecnej oczywiscie mieszka tu rowniez wielu Hiszpanow i Katalonczykow, ale korzenie tego miejsca sa jak najbardziej emigranckie. Odzwierciedla sie to w 3 podstawowych rzeczach: 1. ludziach na ulicach – kazdej rasy – ale to akurat jest logiczne. 2. – architektorze, ktora tutaj nie jest taka “dopasowana” i “doglaskana” ja w innych dzielnicach (kto byl i ma porownanie miedzy na przyklad Gracia a Santsem wie o czym mowie, a kto nie byl – to brutalnie nie widze innej rady – przyjechac i zobaczyc) i 3. – powszechnie slyszanym na ulicach i barach jezykiem jest hiszpanski!! NIE KATALONSKI!!! Dzielnica nie jest odnawiana przez wladze miasta z jakims szalejacym zapalem a wrecz przeciwnie, ale tworzy to niesamowity klimat.
To co ja kocham najbardziej w tej dzielnicy, to, to, ze wysiadam z metra na Mercat Nou (niemal centrum Barcelony) i wchodze to malej, slonecznej, lekko zapyzialej, spokojnej hiszpanskiej wiochy, odwracam sie – wsiadam z powrotem do metra i po 5 minutach jestem z powrotem w centrum rozbieganego wielkiego miasta.
Dwa pierwsze przedstawiaja fragmenty dekoracji ulic na Santsie w czasie Fiestas de Sants, na dole Pepe,
ktory jak najbardziej chcial byc fotografowany
W zeszlym tygodniu odbywaly sie tu tak zwane “Fiestas de Sants”. W Barcelonie niemal kazda dzielnica ma swoj tydzien fiest. Nie wszystkie sa spektakularne i slynne, ale sa. Ja na przyklad o fiestas de Poble Sec dowiedzialam sie dopiero w tym roku i to tez przez przypadek. Najslynniejsze sa Fiestas de Gracia i Fiestas de Sants. Fiestas de Gracia juz sa do tego stopnia slynne, ze w casie ich trawania nie da sie normalnie ani wejsc ani wyjsc z metra, ani poruszac po ulicach, ani nic (oczywiscie w obrabie dzielnic). Staly sie tez (przynajmnije moim skromnych zdaniem popieranym przez wiekszosc znajomych :P ) sie tez bardzo bardzo skomercializowane i de “giri” (oryginalnie obrazliwe okreslenie turystow, przede wszystkim z USA) – w tym roku mialam wrazenie ze czesciej slysze niemiecki niz katalonski czy chocby hiszpanski i widze wiecej blond dziewczat o typie urody i ubioru poskich galerianek niz artystycznych punkow z Barcelony z psami.
Oryginalnie, z tego co sie zdazylam zorientowac – fiestas polegalo na tym, ze mieszkancy danej dzielnicy dzielii sie na grupy sasiedzkie (wyznaczane urbanistycznie na podstawie ulic) i przystrajali tematycznie dany fragment ulicy / ulic; a do tego w tle odbywaly sie koncerty etc etc. Dekorowanie ulic bylo ocenianie w konkursie a zwyciezcy sasiedzi urzadzali ogromna fieste – oczywiscie dla samych siebie. Nie chodzi o egoizm :P Co usiluje zaznaczyc – zarowno Fiestas de Gracia jak i Fiestas de Sants w zalozeniu sa fiestami sasiedzkimi. Dla mieszkancow i przez mieszkancow urzadzane.
Fiestas de Gracia niestety juz to utracily niemal calkowicie. Niestety Fiestas de Sants czesciowo rowniez. Naszczescie – tylko czesciowo. W okolicach Dworca kolejowego Sants Fiestas de Sants zaczely coraz bardziej przypominac festyn na Gracji (choc nie powiem ze swoim specyficznym klimatem). Natomiast za pl. de Sants (czyli w mojej czesci dzielnicy) – z trudem mozna bylo spotkac kogos spoza dzielnicy. Mozna to zapewne zawdzieczyc temu, ze niewiele osob wie, ze w mojej czesci Santsu tez sie odbywaja fiesty ;) Wiec – wygladalo to tak – fantastycznie poprzystrajane ulice, stoliki, krzeslka, starsze panie i starsi panowie, domowe jedzenie, kubanski rum z cytryna (nie pamietam jak to sie nazywa jako calosc), kubanska muzyka, andaluzyjska muzyka, brak tlumow, tanie piwo – wspolne jedzenie, rozmawianie, picie i tanczenie i generalnie - fantastycznie. Atmosfera niespotykana (I tylko nasuwa sie pytanie – dlaczego w Warszawie nie da sie czegos takiego zoorganizowac??)
No i oczywiscie towarzystwo do lazenia po Santsie tez sie liczy. Pierwszy zamach pokonala ze mna Agatka - ale nie pozwolila sie fotografowac wiec nikt nie zobaczy jak Agatka wyglada. Drugi zamach pokonywal ze mna Pepe i Pepe jak najbardziej pozwolil sie fotografowac a wrecz tego pragnal.
Ania i Miachal - jedni z naszych Couchsurferow, zmeczeni po dwuletniej podrozy dookola swiata
Coz jeszcze?
Czas nam mija powoli. Praca – dom- paca – dom- piwo – impreza. W weekendy staram sie spedzac czas aktywnie. Czasem z Couchsurfingiem robimy wycieczki. Ostatnia nie zostala za dobrze przemyslana poniewaz 90 % drogi stanowily szosy. Za to 10 % stanowila plaza w Blanes z barem z bardzo dobrym Tinto de verano. A jak ma sie takiego towarzysza do Tinto de Verano jak Cosmin – naprawde nie potrzeba nic wiecej do szczescia.

Coz jeszcze?
Nocujemy calkiem sporo ludzi z Couchu. Mniej wiecej jest to 5- 6 osob miesiecznie. W uderzajacej wiekszosci sa to przemili i bardzo interesujacy ludzie – jak Reeza czy Pablo czy Ania i Michal. Reeza gotowal tak, ze jeszcze troche i bysmy go na zawsze zamkneli w kuchni, Pablo byl bardzo mily i pocieszny a Ania i Michal mieli ogromna ilosc interesujacych historii (w koncu przez dwa lata odbywali podroz dookola swiata).
Poza tym bylam w Maladze i w Perpiganan ale to w nastepnych postach. Teraz tak tylko ogolnie chcialam strescic co slychac.
Buziaki
Ola




