jueves, 23 de diciembre de 2010
a jesli S. mnie jeszcze czyms zdenerwuje...
jueves, 16 de diciembre de 2010
Wielkie wielkie swinskie udo

martes, 14 de diciembre de 2010
Jednego kolege mniej mam...

Zaczelam powoli zaczynac zastanawiac sie nad wstepnym planem wycieczki do Wenezueli. Wymyslilam sobie mianowicie, ze pobawie sie w cieplowodna syrenke i pojade nurkowac na troche. Brakuje mi jednak w mej syrenkowej ksiazeczce wpisow z pierwszych zanuzen (moja wina zapomnialam ksiazeczki dac do wypelnienia Panu Instruktorowi).
Pamietajac zatem iz Pan Instruktor w pierwszych dniach stycznia zwykle opuszcza Hiszpanie na rzecz jeszcze cieplejszych regionow wyslalam mail, w ktorym poetycko rozpisalam sie o swych syrenkowych planach. Gotowa nawet bylam dac komus ksiazeczke, kto bedzie go odwiedzial na Costa Brava. Jak tylko maila wyslalam Pan Intruktor pojawil sie online wiec bylo latwiej. Pan Intruktor powiedzial “nie ma sprawy, wpadnij z syrenkowa ksiazeczka. Przy okazji ponurkujemy”. Ciarki mnie przeszly po plecach na sama mysl o przebywaniu w mokrym skafandrze w ten ziab, od niechcenia juz zaczynalam sarkastycznie acz ochoczo potwierdzac “ ze tak, pewnie, generalnie juz natychmiast, och slyszales domofon?? To ja, juz czekam na dole, juz z butla na plecach by bylo szybciej” kiedy Pan Instrktor dodal “ jestem na Borneo”. Zamiast wiec ochoczo sarkastycznych wypowiedzi, kazalam Panu Istruktorowi w 2(slwonie "dwoch") prostych slowach udac sie w sina dal w celu oddania sie czynnoscia zwiazanym z miloscia.
Chyba juz mnie nie lubi tak jak kiedys. Dobrze chociaz ze S. caly czas wykazuje zadziwiajaca chec zaprzyjaznienia sie, moze chociaz on mi zostanie, gdy juz wszystkim znajomym kaze stworzych komune oparta na zasadach wolnej milosci.
lunes, 13 de diciembre de 2010
miércoles, 8 de diciembre de 2010
TO DOPIERO BYLA NIBYLANDIA!!!!
Nastepnie udalismy sie na podboj kolejnych knajp, w jednej z nich poznalismy Barbare z Austrii, ktora przyczepila sie / przytulila sie do nas az do konca nocy. W koncu znalezlismy sie w barze, ktory nie pamietam jak sie nazywa i srednio na jeza pamietam jak do niego dojsc, ale ktory zostal zdecydowanie moim uluionym barem w Walencji. Barmani niesamowici, muzyka na plus i klimat ktory uwielbiam. Bar zamykali o 2 rano i zamkneli nas razem ze soba w srodku. Barman Rafa calkowicie podbil moje serce - swoim sposobem bycia i poczuciem humoru, tym ,ze spedzil duzo czasu w Wenezueli i dal mi wiele ciekawych rad (szkoda, ze ich nie spisalam, bo to mogloby je uratowac przed przepadnieciem z mojego mozgu) i co najwaziejsze - za kazdy usmiech dawal mi butelke piwa gratis. Siedzialam wiec, relaksowalam sie i grzecznie sie usmiechalam prawie dostajac szczekoscisku. Po dobrych kilku usmiechach bylam juz tak zrelaksowana, ze niemal fruwalam. Po wizycie w toalecie doszlam do wniosku, ze albo mieszkancy Walencji sa wyjatkowo glupi albo ich odwiedzaja wyjatkowo glupi turysci, skoro umieszczaja az takie instrukcje na drzwiach:
cerrado znaczy zamkniete, abierto - otwarte
nausmiechalam sie jak chyba przez cale zycie sie nie usmiechalam. No dobra, jam to wyusmiechala, ale nie tylko jam wypila ;)
ten pan wykazal sie jedna z najbardziej pozytywnych reakcji na moj usmiech i slowo "salud" z jakimi sie spotkalam
Po spacerze i obejrzeniu chyba wszystkich kosciolow w Walencji, wizycie w barze i zfundowaniu Oli - MISTELI - lokalnego wina,
oraz wykonaniu jeszcze kilku zupelnie bezsensownych czynnosci udajemy sie do domu Pani archeolog na kolacje i mala imprezke. Generalnie chcialabym nadmiec, ze w Hiszpanii palenie ziola czy haszu jest rzecza calkowicie normalna. Ja - nie palaca niczego wywoluje na kazdej imprezie sensacje niemal jak ufo. Nie przeszkadza mi palenie przy mnie, jedyne co mi przeszkadza, to ludzie na sile namawiajacy mnie do czegos na co nie mam ochoty. Na szczescie w Walencji nikt mnie do niczego nie namawial, jedynie non stop wywolywalam sensacje w czystej formie sensacji. Nie trudno sie zatem domyslic, co palono na nasiadowce.
G. - wladca metra
Potem oczywiscie udalismy sie w podboj miasta noca, 90 % towarzystwa po jednym barze sie wykruszyla(tutejsi archeolodzy i geolodzy nie dorastaja nam do piet). Stalismy i podejmowalismy decyzje gdzie udacsie dalej gdy nagle poczualm dosc silne uderzenie w noge. Lewa. Krzyknelam, zachwialam sie, prawie wywrocilam (na szczescie M. mnie zlapal ) i odwrocilam zeby zobaczyc co sie stalo i...okazalo sie ze dostalam taksowka!! Pan taksowkarz w glebokim powazaniu mial roznice mieszy ulica i chodnikiem jak i rowniez ludzmi na chodniku i zapewne z tego wlasnie powodu postanowil wjechac we mnie. Krzycze zatem do G. i jego kolegow "hej, uderzyl mnie taksowka!!!", majac na mysli "boli, pomoz mi, usiasc albo cokolwiek, bo boli". Panowie jednak uznaja, ze skoro krzycze to trzeba krzyczec i rzucaja sie krzyczec na taksowkarza, po czym po jakis 15 minutach stiwerdzaja, ze juz wystarczy i mozemy isc do kolejnego baru. Niestety uniemozliwiam im ta wycieczke, ale to nie moja wina, bo jeszcze zanim podjeli decyzje zaczelam plakac z bolu. Po kilku minutach jednak i sprawdzeniu czy wszystko jest ok uspakajam sie troche i pozwalam sie dokustykac do baru z zastrzezeniem ze strony G. i M., ze jak bedzie cos nie tak natychmiast udamy sie na ostry dyzur.
G. wladca schodow ruchomych
G. wladca bardzo ladnych drzwi
Wieczor minal nam na swawolach i tancach w domu. To znaczy wszystkim minal, mi nie, bo bolala mnie noga wiec zostalam usadowiona na kanapie i dano mi butelke i szklanke - wiedzac, ze z innych " sprzetow rozrywkowych" nie skorzystam i czulam sie bardzo dobrze wewnetrznie. Co i rusz tylko wzbudzalam po raz kolejny sensacje mowiac " nie dziekuje". W pewnym momencie S. bedac przekonana iz zle sie bawie skoczyla na kanape by dla mnie zatanczyc. Zatanczyla. Na mojej nodze. Tak tej od taksowki i stolu. Zrobilam to co mi w zwiazku z ta nieszczesna noga wychodzi najlepiej - rozplakalam sie. Chyba jednak tym razem wiecej bylo w tym paniki niz bolu, bo dosc szybko mi to przeszlo.
Odwiedzil nas rowniez Iggy Pop w dosc obciachowym szlafroku (ale o gustach przeciez sie nie dyskutuje):
Generalnie plan jest zostac w domu na noc. Okolo 2 rano sie on zmienia i zawijamy sie do klubu. Nie jestem dzieckiem transu, naprawde. Az do bolu nie jestem dzieckiem transu. Grzecznie wiec siadam blisko baru i zamawiam piwo wmawiajac sobie "wytrwasz. Wytrwasz do 6 rano. O 6 rano tancbude zamykaja. Wytrwasz". Non stop ktos ze mna rozmawia. Non stop ktos mnie wyciaga na parkiet nie rozumiejac "boli mnie noga nie chce tanczyc". Zdesperowana w koncu uciekam na parkiet schronic sie przy G. i reszcie. Nikt mnie juz nie nagabuje poniewaz, G. pilnuje zeby nikt mnie nie nagabywal, nie potracal etc. W pewnym momencie czuje jednak przerazliwy bol w prawym ramieniu. Przerazliwy. Wydobywam z siebie przerazajacy jek i zaczynam plakac (tak, po poprzednich razach mam w tym calkiem niezla wprawe) G. przerazony nie wie co sie dzieje, tak jak i wszyscy w promieniu 3 metrow. Przytula mnie i probuje otrzec lzy pytajac co sie stalo.Co sie okazalo ? To S. tak okazauje sympatie - podrygazajac ludzi. Normalnie to nie boli, ale tym razem ktos ja potracil i zabolalo. Jak s....n. Wyraz sympatii mam caly czas na ramieniu, jest opuchniety i kolorowy i wcale nie wyglada jak w CSI Miami. Ani troche. Jest tak kolorowy, ze kolory nawet widac przez jasna koszule. O 6:00 rano o dziwo klubu nie zamkneli, ale za to podglosnili muzyke. Stojac na srodku parkietu, zatykalam uszy (bo one tez juz mnie zaczely bolec, przeciez mowilam, ze nie jestem dzieckiem transu) i patrzylam rozpaczliwie na G. Na szczescie G. rozumie mnie bez slow i wyprowadza z klubu, wola taksowke i mowi, ze klub zamykaja o 8 wiec krotko potem beda w domu. V. i S. potwierdzaja. O 9:30 sie budze - dom pusty, o 11:30 budzi mnie deszcz - dom pusty, o 13:00 budzi mnie muzyka ustawiona na full i niestety jest to trans - mysle, ze to po prostu mi sie sni i chce spac dalej. O 13:10 okazauje sie ze to jednak nie sen, to imrpezka.Gdy wstaje slysze tylko wolanie S. "Ggggggg !!!Ola sie obudzila" i wolanie do mnie "Ola!! Juz nie spisz???". Czuje, ze trwam juz w absurdzie tak gleboko, ze po prostu siadam i zaczynam sie smiac. Tak bardzo, ze az sie trzese, a wraz ze mna trzesie sie moja posianiaczona i opuchnieta noga i moje kolorowe i opuchniete ramie. Wszyscy sie na mnie gapia, a nowi znajomi ktorzy przyszli chyba najbardziej i z calkowiecie szczerym zdziwieniem mowia "ale mowiliscie, ze Ola nic nie bierze, NIC A NIC..."...
Tak mija mi dzien. Na calkowitym luzie. Wszyscy skacza, tancza, swawola, rozmawiaja z przechodniami (mieszkanie na 4 pietrze) i NIE SPIA. G. nie spi od soboty od 13:00. Wszyscy o mnie dbaja bo cierpie. Klimat nie do opisania, to znaczy do opisania, ale wolalabym nie. Kazdy rozmawia z kazdym ale nikt nie slucha nikogo. Kazdy tanczy, ale zadna piosenka sie nie konczy. Okolo 18 zbieram sie na pociag, szukam wiec G., zeby mi towarzyszyl na stacje, poniewaz nie mam bladego pojecia jak tam dojechac. Bo calkiem dlugich poszukiwaniach odnajduje G. spiacego na balkonie. Nie do obudzenia, mimo szarpania, popychania, mowienia, glaskania po buzi, plakania (czyzby sie skubany przyzwyczail???!!!!)potracania po buzi, Na pytanie jak dotrzec na dworzec, dotaje tyle odpowiedzi, ze sie gubie. Z moi zdolnosciami na pewno dotre na dworzec, pewnosci tylko nie ma czy pociagowy i czy w Walencji. Sciskam sie na pozegnanie i obcalowuja mnie po twarzy i wsiadam w tramwaj. Jakas dobra kobieta wyjasnia mi jak dojechac na stacje. A w pociagu zasypiam z mysla, ze sympatycznie bylo, ale czasem dobrze jest wrocic do Barcelony.
Wyjazd byl absurdalny. Jak nic innego. Nie mowie, ze zly czy nie udany, bo w zadnym razie nie byl zly czy nie udany a wrecz byl bardzo sympatyczny i udany. Byl tez po prostu absurdalny, nie z mojego wymiaru . Zabawnie bylo to wszystko obserwowac ( haha a nie opisalam wszystkiego!!). Ale czy wkraczac bym chciala ? Nie sadze. Kazdy ma swoj wlasny absurd. Dla G. moje premamente "nie " bylo absurdem ktoremy nie mogl sie nadziwic, dla mnie jego nieograniczona wrecz otwartosc na ludzi. Najwazniejsze, ze znalezlismy jakas plaszczyze, na ktorej dogadywalismy sie fantastycznie. Poza tym Walencja jest piekna, centrum jest niesamowicie wrecz sliczne calosc zasluguje na wszystkie zachwyty jakie wczesniej slyszalam. Oczywiscie nie zwiedzialam wszystkiego co chcialam zwiedzic. Ale moze nastepnym razem, Jak przestanie mnie bolec noga i reka.
jueves, 2 de diciembre de 2010
dobrze, ze rzucilam palenie
miércoles, 1 de diciembre de 2010
wojny dnia codziennego

A to jest schematyczna mapa metra w Barcelonie. Metro w Barcelonie jak widac jest imponujace i Warszawa razem z planami budowy drugiej i trzeciej linii moze sie schowac (nie obrazajac nikogo oczywiscie, bo wszyscy wiemy ze stacja pl. Wilsona jest najladniejsza w calej Europie). Metrem w Barcelonie praktycznie mozna dojechac wszedzie (poza Zona Franca, ale to tez pewnie kwiestia czasu) – ja przez 2 lata mieszkania tutaj moge doslownie policzyc ile razy jechalam autobusem wliczajac to autobús nocny wracajac z imprezy, metro tutaj sie rozrasta caly czas. Nowe linie, nowe stacje i inne bajery (po tym jak w zeszle lato po raz kolejny udowodnilam,ze stope tez sie da zlamac i pomykalam po miesice o kulach z utesknieniem czekam na udogonienia dla inwalidow w postaci - schodow ruchomych na kazdej stacji i wind). Nowa linia 9 jest wrecz futurystyczna (w znaczeniu odczuc i w znaczeniu przyszlosciowym) najpierw sie zjedza przeszklona winda w dol dol dol jak w ogromna studnie a potem jedzie sie metrem bez kierowcy! Cuda Panie cuda!!
Metra Barcelonie nie jedno miasto moze spokojnie pozazdroscic. Jednakze kazdego poranka od poniedzialku do piatku kiedy to nim jade przezywam cos czego chyba nie da sie z niczym porownac i wcale nie jest to przyjemne. Mam swoj maly prywatny helikopter w ogniu. Ludzie o poranku w metrze to wojownicy, kobiety to Ksiezniczki Xenie a nie damy, calosc to wielka i brutalna bitwa o Srodziemie. Nie mowie tu tylko o masowych kradziezach, bo masowe kradzieze sa w Barcelonie wszechobecne, nie tylko w metrze (wspominalam juz ze mi ukradli 2 (DWA) rowery w ciagu 10 dni???).U mnie na stacji jeszcze jakos mozna wejsc w miare spokojnie I nawet przy odrobinie szczescia znalesc miejsce stojace, wesprzec sie o drag i czytac ksiazke, ale juz to co sie dzieje na nastepnej stacji to masakra. Ludzie gdyby mogli zmasakrowali by okna w metrze. Jedni nie zdazyli wyjsc a juz wlewaja sie inni, ale to nic – ludzie tutaj sa kompletnie, ale to KOMPLETNIE nielogistyczni. Na chodnikach sa nie logistyczni (jedna osoba sredniej grubosci potrafi isc calym 4-ro metrowym chodnikiem, to nie dowcip to magia miejska), ale w metrze o poranku mam wrazenie, ze przechodza samych siebie. Na przyklad pan ustawia sie w srodku metra dokladnie na wprost drzwi i to dodatku tuz przez stacja na ktorej wysiadaj tlumy i na ktorej (jednoczesnie) wsiadaja jeszcze wieksze tlumy. Drzwi sie otwieraja – tlum napiera z przodu, tlum napiera z tylu a pan sie kreci w kolko mimowolnie (bo tlum napiera)wokol wlasnej osi, ale on przeciez nie wychodzi! Co wiecej – nikt w metrze nie powie “przepraszam” albo czegos podobnego gdy sie pcha (a ja na przyklad za zwykle “ przepraszam” moge sie naprawde akrobatycznie wygiac), w sumie po co mowic “przepraszam” jezeli mozna kogos tak pi….nac z lokcia ze ten ktos sie zwinie z bolu zastanwiajac ile zeber mu/ jej wlasnie zlamano ?? Poza tym jak ktos sie zwija z bolu to potem juz latwiej bic i przesuwac mimo,ze nie ma gdzie. Mozna tez go zmasakrowac gdy sie widzi, ze nie dosc, ze sie zwija z bolu to jeszcze wazy 3 razy mniej.
Z metra do pracy mam do przejscia 4 ulice. Normalnie pokananie tego powinno zajac mi jakies 7 minut, niestety z bolu po wycieczce metrem trwa to sporo dluzej. Ale obiecuje, ze ktoregos piekne dnia wstane wczesniej, pojade jedna albo dwie stacje metra wczesniej – znajde miejsce siedzace, wyciagne aparat i sfotografuje ta rzez niewiniatek.
Naprawde nie znosze jezdzic rano metrem w Barcelonie.


