Ktoregos pieknego, goracego i wciaz slonecznego wieczoru wybralismy sie z M, na piwo, tapasy i Mojito w moje barrio. Tapasy – jak to tapasy w centrum Barcelony – z nog nas nie zwalily, ale za to mojita byly tak dobre, ze zmienily nam sposob percepcji i postanowilismy w knajpie zostac.
W pewnym momencie ze zdziwieniem zauwazylismy przy barze, pod stolikiem mala zolta papuzke. Na poczatku myslelismy, ze to kanarek, ale po glebszym przyjrzeniu sie dziubkowi i skrzydelkom (troszeczke przez pryzmat mojitos) doszlismy do wniosku, ze zdecydowanie jest to papuzka a nie kanarek.
Wkrotce okazalo sie, ze papuzka jest bezdomna. A ja zawsze (pod wplywem dobrego mojita znacznie bardziej zawsze) chcialam przygarnac bezdomne zwierzatko. Wprawdzie myslalam o fretce (nikt nie wie, gdzie moge znalesc bezdomne fretki???), ale na poczatek prawie kanarek tez moze byc. Tak dlugo i tak intensywnie namawialam barmana i kelnera zeby mi papuzke sprezentowali, ze w koncu sie skusili.
I tak o to, zmeczona i wystraszona papuzka – o nowym wdziecznym imieniu Tosca- zamieszkala z nami. Zrobilismy jej z M. gniazdko w misce na balkonie (nie wiem co nam do lbow z miska strzelilo) i zaczelismy ogladac film. Swiecie przekonani, ze Tosca jest taka niemrawa poniewaz jest zmeczona i przestraszona. Tosca sobie siedziala w wiadrze cichutko i spokojnie, niemal zadamowiona.
Tosca mieszkala z nami jakies… 3 godziny. Potem ostatni raz, dramatycznie zamachala zoltymi skrzydelkami a jej mala zolta papuzia duszyczka odleciala do malego zoltego papuziego raju.
....
I tyle w temacie zwierzakow w domu corki lekarza weterynrii.






