miércoles, 29 de junio de 2011

kolejna futurystyczna opowiesc

Ktoregos pieknego, goracego i wciaz slonecznego wieczoru wybralismy sie z M, na piwo, tapasy i Mojito w moje barrio. Tapasy – jak to tapasy w centrum Barcelony – z nog nas nie zwalily, ale za to mojita byly tak dobre, ze zmienily nam sposob percepcji i postanowilismy w knajpie zostac.

W pewnym momencie ze zdziwieniem zauwazylismy przy barze, pod stolikiem mala zolta papuzke. Na poczatku myslelismy, ze to kanarek, ale po glebszym przyjrzeniu sie dziubkowi i skrzydelkom (troszeczke przez pryzmat mojitos) doszlismy do wniosku, ze zdecydowanie jest to papuzka a nie kanarek.

Wkrotce okazalo sie, ze papuzka jest bezdomna. A ja zawsze (pod wplywem dobrego mojita znacznie bardziej zawsze) chcialam przygarnac bezdomne zwierzatko. Wprawdzie myslalam o fretce (nikt nie wie, gdzie moge znalesc bezdomne fretki???), ale na poczatek prawie kanarek tez moze byc. Tak dlugo i tak intensywnie namawialam barmana i kelnera zeby mi papuzke sprezentowali, ze w koncu sie skusili.

I tak o to, zmeczona i wystraszona papuzka – o nowym wdziecznym imieniu Tosca- zamieszkala z nami. Zrobilismy jej z M. gniazdko w misce na balkonie (nie wiem co nam do lbow z miska strzelilo) i zaczelismy ogladac film. Swiecie przekonani, ze Tosca jest taka niemrawa poniewaz jest zmeczona i przestraszona. Tosca sobie siedziala w wiadrze cichutko i spokojnie, niemal zadamowiona.

Tosca mieszkala z nami jakies… 3 godziny. Potem ostatni raz, dramatycznie zamachala zoltymi skrzydelkami a jej mala zolta papuzia duszyczka odleciala do malego zoltego papuziego raju.

....

I tyle w temacie zwierzakow w domu corki lekarza weterynrii.




lunes, 27 de junio de 2011

wszyscy wedruja, a mi slonce przemyka miedzy palcami



Basia wedruje. A jak Basia wedruje to najczesciej wedruje z Wiola. Obie zawedrowaly w odwiedziny do mego miasta z wieksza iloscia barow niz w calej Polsce razem wzietej. W tym samym czasie tez zawedrowala Kalita ze swojej pieknej Pragi. Razem z Basia i Wiola zawedrowalysmy do Figueres. Niestety pogada w postacia NON-STOP-DESZCZU nie pozwolila nam za bardzo na poznanwanie uroku tego miasteczka (poza tym drobnym fragmentem kiedy to zgubilysmy sie szukajac stacji). Naszczescie museum Dalego zaopatrzone jest w dach.

Zjadlysmy rowniez jedzenie (choc nie wiem jakim cudem to zrobilysmy) w restauracji z filtrujacym i wdzieczacym sie kelenerem, ktrory jednak mimo calego roztaczanego przez siebie uroku, nie rekompensowal smaku jedzenia.


W czasie odwiedzin Basi i Wioli stala sie rzecz smutna i dramatyczna, tragiczna wrecz w swoim smutku – skonczyl sie wenezuelski rum. Do tej pory moj przelyk nie moze sie odnalesc.
Potem przywedrowala do mnie Edyta. Wraz z Edyta przewodnik po Wenezueli (na przyszly rok). Wraz z Edyta i Joanem po raz pierwszy odwiedzialam Tarragone (wiem, to wstyd, ze tak pozno). Tarragona ma przesliczna starowke, teatr rzymski i cyrk rzymski. I jedza tam ryby, ktore patrza z talerza.

Spotkalismy rowniez Shakire:
Spotkanie to, obawiam sie, iz zostawilo trwaly slad w psychice zarowno Edyty:

jak i Joana:
A poza tym Tarragona jest naprawde sliczna i wesola.


Po Edycie przywedrowal do mnie wprost ze slonecznego Rzymu – Ezio. Mistrz wloskiego flirtu, masazu i niepodzielny wladca naszej kuchni. Ezio przywedrowal wraz z pudelkiem czekoladek i niewzruszonym zalozeniem, ze wszyscy, na czele ze mna lubia tunczyka. Bardzo trudno bylo mu uwierzyc ze jednak istnieje, ktos kto tunczyka nie lubi. Ezio zajmowal sie gotowaniem, obrazaniem sie za nie-lubienie- tunczyka-jak-i-rowniez-oliwek, szlajaniem sie po miescie, chodzeniem na wszystkie couchsurfingowe imprezy, flirtowanie ze wszystkimi napotkanymi kobietami. A takze zapozowal mi do bardzo artystycznej sesji pod Sagrada Familia:






Z Ezio czas nam mijal bardzo wesolo, a ostatniego dnia Ezio stwierdzil, ze tak milo spalam iz nie chcial mnie budzic. Wiec zamiast Ezia o poranku powital mnie kurczak z rozna z pieczonymi ziemniakami i bardzo mila notka od Ezia.
Coraz wiecej ludzi wedruje a Olo co? a mi slonce przemyka miedzy palcami. W sobote zostalam zarazona calkiem nowym hobby.Kajak morski na Costa Brava. Wsrod skal, w krystalicznie czystej wodzie. Cos cudownego. Kilka lat temu probowalam kajakowania z panem Mackiem na Mazurach. Probowanie to chyba nawet za duzo powiedziane, gdyz nawet nie udalo nam sie wyplynac z portu w mikolajkach. Pan Maciek stwierdzil bowiem, ze mam jedno ramie bardziej od drugiego i dlatego nie mozemy wyplynac z portu. A ja to sobie wzielam bardzo do serca i zrezygnowalam z dalszych prob, Tak na wszelki wypadek. W sobote tez bardzo sie balam, bo co to bedzie jak ktos odkryje, ze mam jedno ramie bardziej od drugiego????!!!!! Ale mimo strachu doprowadzajacego mnie do trzesawicy noznej sprobowalam. I co?? I okzalo sie, ze Pan Maciek kilka lat temu klamal, a moja ramiona sa jak najbardziej harmonijne a kajakowanie jest bardzo przyjemne. Skalki, kamienie, jaskinine, male zatoczki, az w koncu w ktorej wyskoczylismy i sie rozkoszowalismy fantastyczna woda.


A wraz z zachodzacym sloncem spakowali chlopcy kajak i wrocilismy do Barcelony




martes, 21 de junio de 2011

Gdyby kozka nie skakala to by nozki nie zlamala…

A gdyby Olek do pracy sie nie spieszyla, to ze schodow by nie zleciala i nie unieruchomila sie na miesiac.


Wniosek z tego prosty, ale go nie napisze w razie gdyby moj szef rowniez uzywal google traductora...

miércoles, 8 de junio de 2011

SOBOTA

Poniewaz czasem nawet ja bywam troche na serio

Ludzie wyszli na ulice w Grecji, na Wegrzech, w Hiszpanii. Trudno powiedziec czy to juz rewolucja czy tylko zmeczenie. Trudno powiedziec, co w Hiszpanii tak naprawde bylo iskra zapalna – czy nowa ustawa o ochronie dobr kulturalnych czy kolejne ciecia na oswiate, nauke i social. Faktem jest natomiasto to, ze w pewnym momencie w Hiszpanach i mlodych i mniej mlodych cos peklo i wyszli na ulice. I znanczam ze nie tylkow Hiszpanach, ale generalnie w mieszkancach Hiszpanii. W Madrycie, w Walencji w Barcelonie, ze tego co mowili mi na pl. Katalonia nawet w malej Tarrasie ludzie wyszli na ulice. Faktem jest rowniez, ze ludzie sa zmeczeni – brakiem pracy, brakiem domow, brakiem perspektyw, hipokryzja politykow, tym ze od 30 lat maja wybor tylko miedzy 2 partiami, z ktorych zadnej nie obchodzi co obywatele mysla. W Hiszpanii sa ogromne ilosci pieniedzy – nie dla zwyklych obywateli niestety. A ludzie "zwykli" coraz wyrazniej to widza i odczuwaja. I zaczynaja reagowac.


Nie miejsce tu na dyskusje nad racjami tudziez ich brakiem, nad tym, czy zyja utopía czy lenistwem ani na tlumaczenie czym ruch 15 Maja jest. Po wiadomosci odsylam do internetu, w Polityce na przyklad calkiem ciekawe 2 artykuly:

http://www.polityka.pl/swiat/analizy/1516344,2,europa-sie-buntuje.read

http://www.polityka.pl/swiat/obyczaje/1516376,1,twarze-hiszpanskiej-rewolucji-mlodych.read

Wszedzie manifestantow probowano usowac, w Barcelonie na sile - http://actuable.es/peticiones/exige-los-antidisturbios-vayan-identificados. czy: http://www.facebook.com/photo.php?fbid=10150195649394435&set=o.227242160626146&type=1&theater To wywolalo kolejne “pekniecie” w ludziach – tak jak przed tem ruch byl zorganizowany generalnie przeciwko politykom, tak w zeszla sobote zorganizowano manifestacje konkretnie przeciwko Filipowi Puig, ktory to dal pozwolenie na silowe usuniecie manifestantow z Pl. Catalunia.(lacznie z kradzieza i zniszczeniem calego sprzetu - komputerow, ksiazek, stolow, kuchenek etc etc). Na manifestacje poszlam za namowa Pepe i z ogromna doza ciekawosci, na temat tego jak Hiszpanie moga sie organizowac.

Manifestacja byla jak najbardziej pokojowa, ludzie klaskali, spiewali , bili lyzkami w garnki i przykrywki etc. Po manifestacji zostalismy troche na pl. Catalunia, gdzie bylam pod naprawde ogromnym wrazeniem tego, jak Ruch 15 Maja sie zoorganizowal. Naprawde bylo to imponujace: punkt informacyjny, biblioteka, kuchnia, punkty dyskusyjne. Ludzie spokojni, bez awantur. Starzy, mlodzi, subkulturowi i nie, bezrobotni i ludzie w garniakach - prosto z pracy. Kazdy przynosil to co mogl do kuchni. Niektorzy spia na pl. Catalunia – na chodniku, inni spia na pl. Catalunia na domkach na drzewach. Wszyscy sa zyczliwi i rozmawiaja. I tlumacza. I wyjasniaja swoj punkt widzenia. Troche mi sie to kajarzy z Argentyna i Buenos Aires i ruchem sasiedzkim w czasie ichniejszego kryzysu – tez kazdy przynosil to co mogl, pomagal w czym mogl i w czym umial (na pl. Catalunia sa nawet dwaj chlopcy, ktorzy naprawiaja rowery – lekko to abstrakcyjne, ale dobre, bo przyszli i zaproponowali to co moga).

I co, w przypadku Katalonii i Katalonczykow,naprawde zadziwiajace – gdy na scenie zaczeto wspominac o niepodlegosci Katalunii etc (jest to temat, ktory uwielbia byc maltretowany przez Katalonczykow, bez konca, non stop, kiedy sie da) – w odpowiedzi ludzie, zaczeli wstawac i odchodzic i glosno mowic “temat jest ok. ALE – nie czas i nie miejsce. Nie po to tu jestesmy”.

Na scene moze wejsc kazdy i przedstawic swoje racje, a ludzie w wiekszosci zamiast bic brawo – wkrecaja zaroweczki jak polskie dzieci w przedszkolach (zeby nie robic halasu). Jedni siedza, jednu leza, ale wszyscy sluchaja i reaguja. Wypowiadaja sie wszyscy - Katalonczycy, Hiszpanie, Kubanczycy, Argentynczycy, Meksykanie, politycznue, organizacyjnie. logistycznie... Debatuja, glosuja i co zadziwiajace - wielu z nich proponuje konkretne rozwiazania. Wielu z nich jest na pl. Catalunia nie po to, zeby pomarudzic i ponarzekac. Calosc naprawde sprawia imponujace wrazenie i nie wiem - czy ty tylko ja sie zastanawiam - czy w Polsce byloby to mozliwe?

I naprawde nie potraktowalam tego jako wylacznie okazje to robienia zdjec (co nie zmienia faktu, ze niektore bardzo mi sie podobaja ;) )