viernes, 29 de julio de 2011

ostatnie westchnienie przed jet lagiem


Nad ranem w Caracas lapie taksowke. Podaje Panu dokladny adres Gabiego, Pan mowi “alez tak oczywiscie ze wiem gdzie to, co to za pytanie w ogole??”. Po pol godziny krazenia w te i z powrotem (a przynajmniej takie mialam wrazenie) po slamsach Pan kaze mi wysiadac [a chcialam zaznaczyc ze z dworca do domu Gabiego jedzie sie jakies 7 minut caly czas prosto]. Wygladam przez okno i odruchowo zamykam drzwi samochodu od srodka mowiac, ze za zadne skarby swiata tutaj nie wysiada, bo to nie jest adres ktory mu dalam i jak chce to niech sobie sam wysiada. Po pol godzinie konwersacji w stylu: “wychodz!” – “nie wyjde!” – “wychodz bo cie wyciagne!” – “acha, tere-fere sprobuj tylko!” doszlismy do wniosku ze najlepszym rozwiazaniem bedzie zadzwonienie do Gabiego – tym samym Pan Taksowkarz bedzie mogl mi udowodnic ze Gabi mieszka wlasnie tutaj, a ja bede mogla jemu udowodnic, ze wcale nie. Na szczescie okazalo sie, ze jeszcze nie zwariowalam do konca i istotnie Gabi tam nie mieszka. Co zabawniejsze Pan Taksowkarz tez sie duzo nie pomylil. W Caracas bowiem jako adresu nie uzywa sie nazwy ulicy, numeru domu etc etc. W Caracas podaje sie dzielnice, dwa najlizsze skrzyzowania, nazwe budynku i z conajmniej 3 – 4 charakterystyczne rzeczy w poblizu typu “bankomat, na prawo knajpa z empanadami, na lewo wulkanizacja a na przeciwko apteka”. Ja o tym nie wiedzialam, wykulam sie na pamiec ulicy numeru domu etc i jakims cudem nazwy dzielnicy. Pan Taksowkarz spytal sie o najblizsze skrzyzowania, a ja zastanawiajac sie po jaka cholere on o to pyta zgodnie z prawda odpowiedzialam, ze nie wiem. Pan taksowkarz spytal sie zatem o charaktrerystyczne rzeczy w poblizu, wytezylam zatem pamiec (caly czas sie zastanawiajac po jaka cholere???) i powiedzialam “mmmm chyba bankomat i apteka”. Pan Taksowkarz zatem zawiozl mnie tam gdzie byla apteka i na przeciwko bankomat. Ba nawet dzielnica sie zgadzala. Jedyna drobna roznica, ze byl to drugi koniec dzielnicy i naprawde strach bylo tam samej wyjsc.

Dzien spedzamy z Gabim szlajac sie glownie po markecie z tanimi ciucha i zakupujac ich chyba kilka kilogramow. Tanie i fantastyczne ciuchy z Peru i Wenezueli – co wiecej Olowi do szczescia potrzeba? Zimnego piwa, ale to zaden problem. Popoludniu udajemy sie do Caroliny I tu zonk!. Pani Babcia kilka godzin temu wyszla do lekarza i jeszcze nie wrocila. A Caracas raczej nie wrozy to nic dobrego. Mnie zatem zostawiaja pod opieka kuzyna Ezquiela, a Gabi, Carlos, Carolina i Mama udaja sie na poszukiwania Babci. I naprawde sa spanikowani. Na cale szczecie po dobrych 3 – 4 godzinach (kiedy ja mam zabronione wychodzenie poza drzwi mieszkania) Babcia sie odnajduje.

Nastepny dzien, z racji tego, ze Gabi pracuje spedzam w towarzystwie Ezequiela. Ezequiel jest bardzo zabawny i bardzo leniwy rowniez. Udajemy sie kolejka linowa na druga strone Caracas do Galipan. I tu moje zadziwienie siega chyba zenitu – ledwie mijamy Caracas, wychodzimy na wzgorzu i jestesmy w innym swiecie. Spokojnym, slonecznym i … spokojnym. Dzieci sie bawia, staruszkowie spaceruja, mlodziez sie smieje, Olo je lody i bawi sie z bezpanskimi kotami pelna sielanka jak na poskiej wsi. I tylko co i rusz przejezdza jakis dzieciak na motorze malo mnie nie zabijajac. Widokiem normalnym jest rowniez widok 3 osob na starym ledwo trzymajacym sie w jednej czesci motorze – z przodu dziecko okolo 6-10 lat, za dzieckiem tutus, a za tatusiem mlodziez. Calosc skacze po tych wertepach tak, ze az boli patrzec, no I oczywiscie nikt nie ma kasku bo i po co? Zyje sie przeciez tylko raz. A ze ledwie 12 lat to juz inna kwestia.






to ja nie moge sie pozbierac z szoku jak tu milo i sympatycznie




kolejny wenezuelski patent na bezpieczne przewozenie dzieci

W barze, w ktorym raczymy sie typowym wenezuelkim jedzeniem (nie pamietam jak sie nazywa, ale jest przepyszne) znajduje motto, ktore powinno przyswiecac conajmnije kilkorgu osbom, ktore znam: “Conecta tu celebro, antes de poner a funcionar la lengua” (“wlacz mozg, zanim wlaczysz jezyk”), ale niestety nie przyswieca. Takie zycie, nie glaszcze, chloszcze.

Generalnie jest pieknie, pijemy lazimy, robimy zdjecia, Ezequiel jeczy o tym jaki to on bardzo zmeczony jest , jemy truskawki ze smietana, pijemy slodkie truskawkowe wino (fuj, ale Ezequiel sie zachwyca), dzieci sie bawia. A gdy promienie zachodzace slonca zaczynaja delikatnie glaskach brudne Caracas (nie powiem, nadajac mu nieco przyjemniejszy wyglad) udajemy sie do domu, zakupujemy piwo i wylegujemy sie na tarasie gawedzac o zyciu, milosci, piwie, Hugo Chavezie, przeprowadzkach, strachu i radosciach.








Nastepny dzien spedzam z Juliem. Julia poznalam jakies 2 lata temu na jednej z imprez w Barcelonie w czasie jego wakacji. Z Juliem odwiedzamy Panteon – jedno z najwazniejszych dla historii Wenezueli miejsc ; spoczywaja tam szczatki najwieksych Wenezuelczykow, wspominane sa najwazniejsze dla kraju wydarzenia, podziwiac mozna wszystkie flagi Wenezueli. I oczywiscie wita nas, na samym wstepie, radosnie i beztrosko zwisajac – flaga Kuby.


Pozniej udajemy sie pozwiedzac wschodnia strone Caracas –Chacao. Roznica po prostu bije po oczach. W 1993 roku wybory na burmistrza wygrala Irene Sáez – Miss Universum. Wszyscy sie z tego smiali i sadzili, ze dziewczyna nie bedzie w stanie nic zrobic. Tym czasem Chacao jest chyba najczystszym miejscem w calej Wenezueli. Jednym z najbezpieczniejszych w Caracas. Sciagnieto wielu zagranicznych inwestorow, wyczyszczono ulice, przystanski i chodniki, odniowiono parki, cuda wianki. W Chacao sa rzeczy ktorych nie uswiadczy sie w centrum Caracas – na przyklad ogrodki przyknajpiane. W centrum – zapomnij. Tutaj – troche strach, ale mozna. Jest park – nie duzy, bo nie duzy, ale bardzo zadbany, w ktorym wyleguje sie wenezuelska mlodziez. Zyc nie umierac! W 1996 roku Irene Sáez zostala ponownie wybrana na burmistrza przygniatajaca wiekszoscia glosow w postaci 93 % (i co zadziwiajace 93 % glosow uczciwie zdobytych). Az trudno uwierzyc, ze caly czas jestesmy w Caracas. Ok, uwierzylam w to jak tylko wyciagnelam aparat a Julio wrzucil mnie miedzy budynek a siebie – byle dalej od ulicy, a oczy zaczely mu krazyc wokol czaski.

Julio sie na chwile wyluzowal





Julio rowniez odwozi mnie na lotnisko. Po drodze mijamy kilometry, ale to kilometry slamsow. KILOMETRY.





A na samym lotnisku... nie , juz nie chce wspominac o tym, ze do Julia sie doczepili gwardzisci, moimo, ze to ja mialam leciec. Nie chce wspominac o tym, ze patrzac na moj paszport 5 razy sie upewniano, ze jestem Polka. Nie chce juz mowic o tym, ze Pan gwardzista 6 razy dokladnie obwachiwal moja poduszke (bo mam na twarzy napis “przewoze narkotyki w poduszce”). Nie chce juz wspominac ze kazda kontrola (a bylo ich chyba z 7) po 10 razy sie mnie pytala czy aby na pewno sama podrozowalam po Wenezueli. Ale gdy dawalam bagaz podreczny do kontroli i paszport, nagla zjawila sie pani gwardzistka. Popatrzyla na mnie, chwycila moj paszport i …. Sobie poszla! Dwoch gwardzistow wzielo mnie miedzy siebie, trzeci wzial moj plecak i buty (!!!) i zaprowadzono mnie do malego prywatnego pokoiku (jesli mozna bylo te 4 dykty nazwac pokoikiem). Serce mi troche podskoczylo pod gardlo, ale dzielnie sie trzymam. Panowie gwardzisci wlozyli mnie w dziwne urzadzenie typu rentgen zeby sprawdzic czy aby przypadkiem nie jestem kolumbijskim mulem przewozacym narkotyki w brzuchu. Urzadzenie strasznie laskotalo i nie moglam sie powstrzymac od smiechu. Dzieki temu musieli mnie przeciagac przez urzadzenie 3 razy, a potem juz chyba pomysleli, ze po prostu czegos mi w mozgu brakuje ale narkotykow nie przewoze i pozwolili mi isc. Chcialam sobie kupic jakiegos slodycza zeby sie odstresowac, ale w Duty Free na lotnisku w Caracas produkty mozna doslownie policzyc. Z tego powodu ograniczylam sie do 3 butelek rumu (na nerwy i trawienie) i ramce wenezuelskich papierosow (na prezenty ;P ) J.


miércoles, 13 de julio de 2011

A kiedy w koncu dorosne to chce byc taka jak Ty!


Dawniej myslalam, ze jak dorosne to chce byc taka jak Wujek Mikel od chupitos w Maladze. Tylko bez brody, bo lubie swoja delikatna skore na policzkach.

Jednakze po tym weekendzie moge Mame i Tate uspokoic, ze juz nie chce byc jak Wujek Mikel od chupitos. Teraz chce byc jak Kike!!

Kike odwiedzialam w ten weekend celem odlaczenia sie od Barcelony, stresu, problemow etc etc. Wybralam Kike slyszac juz kilka bardzo dobrych opinii na jego temat. Mimo, ze w profilu Kike ma zaznaczone, ze nie hostuje obecnie nikogo, wyslalam mu rozpaczliwa wiadomosc, ze jak nie wyjade z Barcelony to zwariuje i bedzie to jego wina. Kike przyparty do muru napisal “przyjezdzaj, zaradzimy cos”.

Kike mieszka w malej miejscowosci na Costa Brava, wiosce prawie. Wiosce specyficznej. Pelnej swirow – pewnie dlatego Kike sie tak dobrze tam wkoponowal. Na glownym rondzie znajduje sie jedyny chyba na Costa Brava (jezeli nie w ogole jedyny jedyny) pomnik syrenki z pupalem.

Drugiego dnia na obiedzie poznalam jednego z kandydatow na swojego przyszlego meza. Ma na imie Teodor, jest artysta, pisarzem, profesorem, poeta, rezyserem (jak nie trudno sie domyslec mlodoscia nie grzeszy)– do wyboru do koloru. Ma rowniez dom w Cadizie i kotke, ktora w zeleznosci od potrzeby ma albo 2 albo 12 albo 13 lat. Naszczescie bylam juz tak zrelaksowana towarzystwem, obecnoscia i usmiechem Kike, ze kompletnie przestal mi przeszkadzac neon na moim czole mowiacy “zapraszamy lokalnych swirow i niewidzialnych wojownikow”. Powiedzialam rowniez “Teo, bardzo mi przykro, ale nie moge podjac decyzji na temat mojego zycia z Toba. Jestem tu pod opieka Kike i to jego powinienes przede wszystkim prosic o pozwolenie”. Nie wiem kogo kelnerzy wzieli za wiekszego wariata – Teo czy mnie.




a to skalki, na ktorych wylegiwalam sie sama sama samiutenka!

Spedzilam w domu Kike, przecudowny, relaksujacy weekend. Jezeli oczywiscie mozna to nazwac domem. Kike bowiem mieszka w starym dziadkowo – babciowym garazu, ktory non stop przerabia, dorabia pietra, schodki etc etc. Ale domem bym tego nie nazwala, sklanialabym sie raczej do opisu – jeden wielki wynalazek Kike.

Zatem w wielkim wynalazku Kike i w jego niepowtarzalnym towarzystwie spedzialam ostatni weekend , izolujac i odladczajac sie calkowicie od Barcelony. Bujajac sie w hamaku. Pijac zimne piwo. Bawiac sie z Tate (piesek Kike),


lapiac na twarz promienie slonca, konwersujac z Kike na tematy przerozne, popijajac ( a raczej wypijajac, jezeli nie wyzlopujc) yerba mate, zjadajac to co znalazlam w lodowce, zastanawiajac sie jak przekonac Kike do dealu – moje mieszkanie w Barcelonie za jego wynalazek na Costa Brava, prowadzac glebokie dyskusje o zyciu i smierci z kurami i kogutem (ktore Kike hoduje)

, gubiac sie w lesie,




skaczac w ogrodzie (zakladajac, ze mozna to ogrodem nazwac :P) i tanczac w kuchni (zakladajac, ze mozna to kuchnia nazwac :P), uciekajac przed Frankie (szczur ogrodowo-polny, ktory co noc przyprawial mnie o gwaltowne przemieszczanie sie serca do gardla. Chociaz juz ma imie, a nazwac swoj starch to zawsze jakis progress w oswajaniu go), probujac ozdjeciowac Kike (nie dawal sie skubany!), probujac sie wspinac na dom( bez wiekszego powodzenia!) wygrywajac zawody w piciu polskiego piwa, podlewajac ogrod warzywny (tak tak, jezeli mozna to nazwac ogrodem warzywnym) i oblewajac Kike jednoczesnie… PO PROSTU IDEALNY WEEKEND – TAKI JAKIEGO POTRZEBOWALAM.




Kike jest bowiem artysta. W kazdym mozliwym tego slowa znaczeniu. Artysta az do ostatniej komorki nerwowej, artysta wrecz zaginajacym czaso – przestrzen. Kike jest filozofem – a moze nawet lepiej go moze opisac slowo FILOZOF. Kike jest ogrodnikiem, z delikatnoscia ksiezniczki na ziarnku grochu dotykajacym swoich warzyw i kwiatow.



Kike jest wynalazca, a jego wynalazki rowniez zaginaja czaso przesten.



Kike jest wlascicielem punkowego zoo – kuraki, pies, myszy, szczury ogrodowe. Kike jest kucharzem i rybakiem.


Kike jest samowystarczalny – hoduje owoce, warywa i miesko, a jak czegos nie ma to to wynajduje. Kike jest niemal mistrzem w rzutkach. Kike lubi dluzej pospac w niedziele, ale jest niemal aniolem cierpliwosci gdy sie go w niedziele budzi spiewem. Kike jest inteligentny i bystry. Kike ma swietnie poczucie humoru. Kike jest bardzo punki, nawet jesli twierdzi, ze nie jest w ogole punki. Kike lubi sie ze mna zgadzac chyba tylko po to, zeby miec swiety spokoj. Kike jest nie z tego swiata. Buzia i jezyk Tate sa pierwszymi rzeczami, ktore sie widzi po otworzeniu oczu po nocy spedzonej w hamaku. Kike wywozi i wypuszcza do lasu zlapane myszy i szczury ogrodowo – polne. Kike fantastycznie grilluje. Kike jest jednym z najlepszych towarzystw jakie mialam do picia piwa. Kiedy Kije sie smieje smieje sie i ja i uwielbiam gdy Kike sie smieje. Kike ma laskotki i gdy sie Kike laskocze zwija sie jak dziecko i krzyczy jak dziecko “nie, nie , nie, juz bede grzeczny. NAPRAWDEEEEE heheheh!!”. Usmiech Kike wywoluje w ciagu ulamkow sekundy moj usmiech. Kike ma swoj wlasny spossdob na zycie i zyje w swoim wlasnym zagieciu czaso- przestrzennym, ktore caly czas zagina tak jak sam tego chce. I bardzo mu tego zazdroszcze, bo sama tak bym chciala. Zagiac sie tam i juz nie odginac w Barcelonie. I dlatego, ktoregos pieknego dnia, gdy juz dorosne to chce byc taka jak Kike!