
Dzien spedzamy z Gabim szlajac sie glownie po markecie z tanimi ciucha i zakupujac ich chyba kilka kilogramow. Tanie i fantastyczne ciuchy z Peru i Wenezueli – co wiecej Olowi do szczescia potrzeba? Zimnego piwa, ale to zaden problem. Popoludniu udajemy sie do Caroliny I tu zonk!. Pani Babcia kilka godzin temu wyszla do lekarza i jeszcze nie wrocila. A Caracas raczej nie wrozy to nic dobrego. Mnie zatem zostawiaja pod opieka kuzyna Ezquiela, a Gabi, Carlos, Carolina i Mama udaja sie na poszukiwania Babci. I naprawde sa spanikowani. Na cale szczecie po dobrych 3 – 4 godzinach (kiedy ja mam zabronione wychodzenie poza drzwi mieszkania) Babcia sie odnajduje.

Nastepny dzien, z racji tego, ze Gabi pracuje spedzam w towarzystwie Ezequiela. Ezequiel jest bardzo zabawny i bardzo leniwy rowniez. Udajemy sie kolejka linowa na druga strone Caracas do Galipan. I tu moje zadziwienie siega chyba zenitu – ledwie mijamy Caracas, wychodzimy na wzgorzu i jestesmy w innym swiecie. Spokojnym, slonecznym i … spokojnym. Dzieci sie bawia, staruszkowie spaceruja, mlodziez sie smieje, Olo je lody i bawi sie z bezpanskimi kotami pelna sielanka jak na poskiej wsi. I tylko co i rusz przejezdza jakis dzieciak na motorze malo mnie nie zabijajac. Widokiem normalnym jest rowniez widok 3 osob na starym ledwo trzymajacym sie w jednej czesci motorze – z przodu dziecko okolo 6-10 lat, za dzieckiem tutus, a za tatusiem mlodziez. Calosc skacze po tych wertepach tak, ze az boli patrzec, no I oczywiscie nikt nie ma kasku bo i po co? Zyje sie przeciez tylko raz. A ze ledwie 12 lat to juz inna kwestia.










W barze, w ktorym raczymy sie typowym wenezuelkim jedzeniem (nie pamietam jak sie nazywa, ale jest przepyszne) znajduje motto, ktore powinno przyswiecac conajmnije kilkorgu osbom, ktore znam: “Conecta tu celebro, antes de poner a funcionar la lengua” (“wlacz mozg, zanim wlaczysz jezyk”), ale niestety nie przyswieca. Takie zycie, nie glaszcze, chloszcze.

Generalnie jest pieknie, pijemy lazimy, robimy zdjecia, Ezequiel jeczy o tym jaki to on bardzo zmeczony jest , jemy truskawki ze smietana, pijemy slodkie truskawkowe wino (fuj, ale Ezequiel sie zachwyca), dzieci sie bawia. A gdy promienie zachodzace slonca zaczynaja delikatnie glaskach brudne Caracas (nie powiem, nadajac mu nieco przyjemniejszy wyglad) udajemy sie do domu, zakupujemy piwo i wylegujemy sie na tarasie gawedzac o zyciu, milosci, piwie, Hugo Chavezie, przeprowadzkach, strachu i radosciach.








Nastepny dzien spedzam z Juliem. Julia poznalam jakies 2 lata temu na jednej z imprez w Barcelonie w czasie jego wakacji. Z Juliem odwiedzamy Panteon – jedno z najwazniejszych dla historii Wenezueli miejsc ; spoczywaja tam szczatki najwieksych Wenezuelczykow, wspominane sa najwazniejsze dla kraju wydarzenia, podziwiac mozna wszystkie flagi Wenezueli. I oczywiscie wita nas, na samym wstepie, radosnie i beztrosko zwisajac – flaga Kuby.









Julio rowniez odwozi mnie na lotnisko. Po drodze mijamy kilometry, ale to kilometry slamsow. KILOMETRY.





A na samym lotnisku... nie , juz nie chce wspominac o tym, ze do Julia sie doczepili gwardzisci, moimo, ze to ja mialam leciec. Nie chce wspominac o tym, ze patrzac na moj paszport 5 razy sie upewniano, ze jestem Polka. Nie chce juz mowic o tym, ze Pan gwardzista 6 razy dokladnie obwachiwal moja poduszke (bo mam na twarzy napis “przewoze narkotyki w poduszce”). Nie chce juz wspominac ze kazda kontrola (a bylo ich chyba z 7) po 10 razy sie mnie pytala czy aby na pewno sama podrozowalam po Wenezueli. Ale gdy dawalam bagaz podreczny do kontroli i paszport, nagla zjawila sie pani gwardzistka. Popatrzyla na mnie, chwycila moj paszport i …. Sobie poszla! Dwoch gwardzistow wzielo mnie miedzy siebie, trzeci wzial moj plecak i buty (!!!) i zaprowadzono mnie do malego prywatnego pokoiku (jesli mozna bylo te 4 dykty nazwac pokoikiem). Serce mi troche podskoczylo pod gardlo, ale dzielnie sie trzymam. Panowie gwardzisci wlozyli mnie w dziwne urzadzenie typu rentgen zeby sprawdzic czy aby przypadkiem nie jestem kolumbijskim mulem przewozacym narkotyki w brzuchu. Urzadzenie strasznie laskotalo i nie moglam sie powstrzymac od smiechu. Dzieki temu musieli mnie przeciagac przez urzadzenie 3 razy, a potem juz chyba pomysleli, ze po prostu czegos mi w mozgu brakuje ale narkotykow nie przewoze i pozwolili mi isc. Chcialam sobie kupic jakiegos slodycza zeby sie odstresowac, ale w Duty Free na lotnisku w Caracas produkty mozna doslownie policzyc. Z tego powodu ograniczylam sie do 3 butelek rumu (na nerwy i trawienie) i ramce wenezuelskich papierosow (na prezenty ;P ) J.
























