martes, 22 de febrero de 2011
wlasnie taka ja :
martes, 15 de febrero de 2011
si miedo tienes en tus ojos y no lo ves


Niezrazona jednak tymi widokami chce wychodzic juz teraz natychmiast i zwiedzac zwiedzac zwiedzac - poniewaz na pewno z drugiej strony bloku jest ladnie! Krotko ustalamy z Gabim i Carolina dalszy plan mojego pobytu w Wenezueli i wychodzimy. Ustalamy ze dzis w nocy powedruje autobusem na polnocny – wschod do Cumany a z Cumany troszeczke na zachod do Parque Natural de Mochima (bez wzgledu na to jak bardzo bezsensownie wedrowka wschod – zachod brzmi – inaczej sie jej nie da odbyc). Plan na dzis jest zatem zwiedzanie centrum i zakupienie biletu.
Po wyjsciu z domu odkrywam iz widok z drugiej strony bloku oscyluje w tych samych klimatach co i z pierwszej strony bloku. Ilosc smieci taka sama, ilosc brudu tez. Ruch uliczny rzadzi sie wlasnymi prawami i regulami, ktorych w zaden sposob nie moge rozszyfrowac. Zapewne dlatego ze wcale ich nie widac. A nie widac ich zapewne dlatego, ze nie istnieja. Kazdy idzie jak chce – co jescze nie jest jakos bardzo klopotliwe oraz kazdy prowadzi jak chce – co juz jest klopotliwe, poniewaz co i rusz Gabi i Carolina musza mnie wyciagac spod samochodow. A po chodnikach chodzi mnostwo wyznawcow kubanskiej Santerii ubranych na bialo.
to nie jest fan Just 5, to jest wyznawca Santerii

Budynki sa brzydkie, brudne i zniszczone ( w wiekszosci) a na ulicach lezy mnostwo smieci. Jest mnostwo budynkow po tak zwanej “invasión”. Invasion polega na tym, ze do pustego domu wchodza mieszkancy barrios (wsrod nich kobiety z niemowletami na ramionach) i juz nie wychodza (aczkowiek kiedy ja rozkoszowalam sie urokami wenezuelskiego Interioru miala miejsca jedna inwazja, ktora swoj final miala w mediach – mianowicie w jednym z media – barrios [medio-barrio to nie jest jeszcze dzielnica klasy sredniej, ale tez barrio trudno ja nazwac] w jednym domu mieszkala sobie samotna starsza pani. W sobote rano wyszla z domu a gdy wrocila tego samego dnia popoludniu okazalo sie ze juz nie mieszka sama, a wrecz mieszka w komunie). Pytanie czy meiszkancy barrios moga tak robic? Alez oczywiscie, bo i kto im zabroni? Czy jest to z kolei legalne? Wiec wedlug prezydenta Hugo Chaveza jak najbardzije tak. Wrecz to Chavez nawolywal ludzi z barrios to zajmowania domow. I na te nawolywania ludzie z barrios sie powoluja. Czasem, ale naprawde bardzo rzadko udaje sie sie to zwalczyc, ale koszta so duze i wywiazuje sie doslownie bitwa z udzialem broni palnej, koktaji molotowa etc etc – jak bylo w przypadku przez chwile opuszczonego domu tuz przy bloku Gabiego. Smutne to troche i przerazajace lecz prawdziwe. Takich domow jest w Caracas mnostwo. Tworza swego rodzaju krajobraz wrecz. Smutne jest rowniez to, ze przez to kolejne regiony Caracas stara sie coraz bardziej brudne, zasmiecone i niebezpieczne.

Oczywisicie jak ostatni glupek zaczynam sie rzucac do robienia zdjec. Na szczescie w ostatniej chwili zostaje pociagnieta przez Gabiego za kolnierz ze slowani “przeciez wszyscy chcemy wrocic dzis do domu prawda Olu?” i sie poddaje. Grzecznie daje sie umiejscowic po wewnetrznej stronie chodnika i maszerujac nie przestajac sie dziwic. Najbardziej chyba zadziwiaja mnie WSZECHOBECNE ogrodzenia z drutu kolczastego i drutu pod pradem (na zdjeciach ogrodzenia meczetu). Mijam kolejne domu po invasion, potykam sie o kolejne krawezniki (jak juz sa krawezniki to sa naprawde zajebiscie wysokie), potykam sie o smieci, Gabi i Carolina wyciagaja mnie spod kolejnych samochodow, mijamy park, ktory wydaje mi sie byc bardzo ladny (ale jak sie natychmiast dowiaduje nawet z policja nie powinnam sie tam zapuszczac), mijamy naprawde artystyczne graffiti ( hehe mala dygresja – Caracas pelne jest graffiti. Naprawde pieknego i artystycznego graffiti. W 99, 9 % jednak jest to graffiti szerzace milosc do socjalismu – w socjalizmie ty budujesz swoja stolice, w socjalismie ty wiesz gdzie ida twoje pieniadze, Chaveza i Simona Bolivara) i tak to radosnie docieramy na dworzec autobusowy. Problem zaczyna sie gdy zaczynam kupowac bilet, pan w okienku wyglada i zachowuje sie tak jakby sie na mnie obrazil ze przyszlam. Z racji tego ze paszport jest jedynym dokumentem ze zdjeciem jaki mi sie ostal pokazuje panu kopie paszportu. Pan mowi, ze nie akceptuje kopii. Ja mowie, ze czytalam regulamin – i pan powinien zaakceptowac. Pan mowi, ze nie, ja przekonuje ze tak. Po 20 minutach przekonywania (ok mozna to juz nazwac klotnia) zaczynam przekonywac szefa pana o widzenie, z ktorym poprosilam. Szef tez sie nie daje przekonac, mimo ze ma przed nosem regulamin. Po jakis 30 minutoach dociera do mnie, ze jak tak dalej pojdzie (zwlaszcza ze pan caly czas wolal do kolejki “kolejny” a ja wolalam “jeszcze ja nie skonczylam”) to wlasnie tak i tutaj spedze najbllizsze 2 tygodnie a potem po prostu pojade na lotnisko i wroce do Barcelony. Pelni pokory zatem wracamy do domu po paszport, modlac sie przy okazji, zeby mi go nie skradziono.



A caly ten epizod opowiedzialam z 2 powodow – po 1 zeby pokazac jak “sympatyczni”, “mili” i “pomocni” potrafia by Wenezuelczycy w takich miejscach jak dworzec, bank, policja, urzad etc i jak bardzo moga przypominac panie z urzedu pracy na Woli. I powod 2. Znacznie wazniejszy – cala ta sytuacja zmusila nas do powrotu do domu metrem. A w tylko i wylacznie w Caracas, jako jedynym miejscu na swiecie maja METRO GEJFRENDLY:

W metrze natomiast czcza Ole za pomoca lodow wielosmakowych:

Po udanym zakupie biletu (aczkolwiek pan nadal byl na mnie obrazony) ruszamy na podboj centrum miasta. W Centrum tuz po wyjsciu z metra atakuje mnie tlum ludzi chcacych zamienic moje euro na bolivary, sa oglednie mowiac bardzo uparci w tym zamiarze i krzycza na Gabiego i Caroline gdy po raz kolejny wyciagaja mnie kolnierz. Mam rowniez zakaz wyjmowania z torby duzego aparatu (naszczescie tuz przez wyjazdem kupilam male cudo na promocji w Media Markt). Przechodzimy obok jakiegos pieknego rzadowego budynku, ktory chcemy zwiedzic, ale symaptyczny gwardzista mowi nam ze nie ma takiej opcji. Przygladam sie plakietce gwardzisty i odkrywam jak okrutnych ma rodzicow skoro nazwali go Elvis Adolf. Dochodzimy do placu, gdzie centralnym punktem jest oczywiscie pomnik Simona Bolivara
i gdzie z drzew atakuja nas czarne jak diably wiewiorki
i bardzo ladne dziecko sie rwie by zrobic mu zdjecie:
Mijamy katedre, oczywiscie zamknieta i kupujemy sobie – helado de Tizana – lod, po ktorego zjedzeniu bylam pelna przez najblizszych kilka godzin (a ci co mnie znaja wiedza, ze jest mi trudno osiagnac taki stan na 20 minut) – jest to zamrozony w plastykowym kubku wraz ze spora iloscia sok owocowy. Nie wiem co jest w tym soku, ale daje imponujace uczucie sytosci.

Udajemy sie na zwiedzanie domu Blivara, gdzie czytamy mnostwo madrych slow, ktore on wypowiedzial.

Z domu Bolivara udalismy sie do Muzeum Bolivara, gdzie miedzy innymi umieszczona jest jego trumna.Widok nieco makabryczny poniewaz trumna jest otwarta i wyglada jakby ja subtelnie mowiac wybebeszono. Istotnie tak sie wlasnie stalo jakies 7 miesiecy temu na zyczenie prezydenta Chaveza. Chcial on bowiem sprawdzic (poprzez najnowsze badania rzecz jasna) czy w pierwotnej trumnie aby na pewno lezy cialo Bolivara i czy aby na pewno umarl on na gruzlice a nie, na przyklad zostal zamordowany. Od 7 miesiecy udalo sie ustalic jedynie, na podstawie potomkow krewnych Bolivara (sam Bolivar nie mial dzieci, z tego co wiadomo), ze istotnie bylo to cialo Bolivara.A przynajmniej tylko takie informacje zostaly Wenezuelczykom przekazane.




Dochodzimy do placa Candaleria – jedynego pozostalego w centrum miasta miejsca, gdzie, mozna powiedziec, ze gromadza sie ludzie. Sa to przede wszystkim Hiszpanie, Wlosi, Boliwijczycy I Kolumbijczycy, ktorzy wyemigrowali do Wenezueli w czasach jej swietnosci – w latach 60 – tych. Trudno zgadnac ilu z nich zaluje dzis swojej decyzji. Na placu Candelaria bawia sie rowniez niczego jeszcze nie swiadome dzieci, jest rowniez darmowa silownia na swiezym powietrzu, na ktorej przyszli wenezuelscy macho cwicza swoje muskuly (naprawde nie bylo tam ani jednej kobiety) – chcialam zrobic zdjecie, ale poczulam sie bardzo oniesmielona nadmiarem meskich spojrzen i naprezonych miesni. Musze byc naprawde egzotyczna w Caracas 
Wieczorem udajemyu sie do baru pod domem sprobowac czegos typowego co nazywa sie CACHAPA i jest zajebiste. Dawno nie jadlam czegos tak pysznego, smaruje sie maselkiem (ktorego akurat w tym czasie w Caracas brakowalo, tak jak i cukru – zupelnie jak 25 lat temu w Warszawie) i je razem z serkiem w srodku. Pyszne. Polecam.

Z racji tego ze juz jest niemal po zmroku wszystko wokol jest zamkniete wiec wieczor konczymy piwkiem w domu.

Opuszczam Caracas z nieco mieszanymi uczuciami, ale musze zaznaczyc ze opuszczam je zajebiscie komfortowym autobusem (http://www.rodovias.com.ve/ dla tych co nie wierza) – w Wenezueli istnieje tylko jedna linia pociagowa (jedzie sie jakies 40 minut pociagiem) wybudowana bodajze 4 lata temu przez Chavezaz okazji wyborow (to obietnicy pokrycia calej Wenezueli siecia pociagowa jeszcze troche brakuje). Calosc transportu krajowego opiera sie na transporcie drogowym i tak wypasionych autobusow jak w Wenezueli w Europie nie ma. Powaznie.
Ale wracajac do Caracas – miasto jest brzydkie, zasmiecone i zniszczone. I niebezpiecznie. Ludzie non stop zyja w strachu, chodzac po ulicach maja oczy dookola glowy. Nie wychodza po zmroku, bary zamykaja od srodka, sklepy po 18:00 juz zaryglowane, gdy zamykaja mieszkania od srodka zostawiaja klucz w zamku. Aby winda ruszyla u Gabiego w bloku trzeba miec specjalby chip. Po zmroku nie ma nikogo na ulicach, Ludzie sie boja, a boja sie juz tak dlugo, ze az sie do tego strachu przyzwyczaili. Brzmi to absurdalnie, ale tak jest.I co zadziwiajace - przy takim stopniu strachu caly czas potrafia sie cieszyc, smiac, kochac.

viernes, 11 de febrero de 2011
to co zaskakuje nawet gdy juz nie powinno
Zyje, zyje. Ale coz toz a zycie jest ¿ ;)
Ale na powaznie. Zyje. Przezylam caly wyjazd doWenezueli, ani rrazu mnie nie napadli (chodz chwile grozy bywaly), ani razu mnie nie okradli (jak to przewidywal optymistycznie moj szef) ani mnie nie zgwalcili ani tez nikt mnie nie skrzywdzil na zaden inny sposob. I generalnie zakupienie biletow do Wenezueli bylo chyba najlepszym pomyslem w moim zyciu.
Caly czas walcze z efektami jet laga. Tudziez caly czas tlumacze sobie samej i wszystkim na okolo moje lenistwo efektami jet laga. Im dalej od powrotu do Barcelony zaczynam tez troche zalowac, ze jednak nie zostalam w Canaimie jak mialam okazje. Powoli odchodze od myslenia “dobrze ze nie wzielam ze soba laptopa, bo wtedy na pewno bym nie wrocila majac juz wszystko – wlasny komputer, aparat, ciuchy I krem z filtrem – co mi wiecej potrzeba” na rzecz myslenia “szkoda, ze nie wzielam ze soba laptopa…” Jeszcze troche i naprawde zaczne zalowac.

Ogladajac filmy, sluchajac muuzyki, jedzac, pijac, spiac I rozmawiajac z milym chlopcem, ktory przykryl mnie kocykami gdy spalam, nawet nie zauwazylam jak uplynelo prawie 10 godzin I radosnie wyladowalismy w Caracas. Po pomyslnym przejsciu jakis 5 kontroli przed odebraniem bagazu I jakis 3 kontrolach po odebraniu bagazu pozwlono mi sie ruszyc dalej.
Tuz po przekroczeniu progu hali glownej zostalam dopadnieta przez chyba 8 taksowkarzy oferujacych mi swoje uslugi, a gdy po 15 minut udalo mi sie wytlumaczyc, ze nie jestem zainteresowana, zaczeli mi masowo oferowac swoje uslugi w zmianie pieniedzy (w gwoli wyjasnienia, zadnych pieniedzy nie mozna zamienic na bolivary poza granicami Wenezueli. Zeby bylo zabawniej w samej Wenezueli mozna je zamienic na 2 sposoby – w oficjalnych punktach, gdzie kurs wynosi okolo 6 bolivarow za 1 euro, lub wymienic je na ulicy, gdzie w Caracas kurs wynosi okolo nawet 11 bolivarow za 1 euro. Roznica subtelna). Co bardziej paranoiczne, oni zaczynaja mowic do mnie po hiszpansku, ja odpowiadam rowniez po hiszpansku wiec panowie plynnie przechodza na angielski I mowia to samo co wczesniej tylko po angielsku, nic tylko czekac az zaczna mowic po polsku. Z lekkim przerazeniem zaczelam sie rozgladac za Hugo, ktory mial na mnie czekac z karteczka z moim imieniem. Hugo neie bylo, a taksowkarze oprawie na sile zaczeli mnie ciagnac w druga strone lotniska, Bog jeden wie po co, bo ja bladego pojecia do tej pory nie mam, ale przez moment przebiega mi przez glowe pytanie czy to aby nie przypadkiem pierwszy I ostatni dzien mojej wycieczki. Na szczescie Hugo niczym superbohater zjawia sie na lotnisku, zabiera moj plecak a mnie wrzuca do autka I smigamy do Caracas. Smigamy to troche za duzo powiedziane, bo juzza drugim zakretem wpadamy w korek, ktory ciagnie sie az do centrum miasta.

Caracas zostalo zalozone przez Diego de Losade w 1567 roku I Wikipedia klamie mowiac, ze mozna ogladac spektakle w licznych duzych teatrach. To nie jest prawda. Duzych teartrow w Caracas jest sztuk 1. Generalnie Wikipedia przedstawia Caracas jako cenrum handlu, przemyslu, edukacji I zycia towarzyskiego. To tez klamstwo. Ostatnio Caracas zostalo uznane ze najniebezpieczniejsze miasto w Ameryce Lacinskiej I jedno z naniebezpiczniejszych miejsc na swiecie. Nie chodzi tylko o kradzieze etc. Chociaz w kradziezach roznica miedzy Barcelona a Caracas jest bardzo prosta - w Barcelonie nawet nie wiadomo kiedy Cie okradaja. W Caracas wiadomo dokladnie – okradaja cie dokladnie w tym momencie kiedy podchodza / podjezadzja na motocyklu do ciebie z nabita i odbezpieczona bronia (ogladalo sie te CSI oj ogladalo) wycelowana w twoja buzia i slowami “daj mi wszystko co masz cennego”. Po 18:00 nie ma ludzi na ulicach. Autobusy i metro niby jezdza, ale nikt z nich nie korzysta poza bardzo zaawansowanymi masochistami chyba,. Jezeli po zmroku chce sie gdzies wyjsc, nalezy wziac taxi. Nie ma z reszta sensu brac taxi, bo wszystko po 18:00 jest zamknite. Jezeli sa jakies bary, w ktorych sa ludzie, to bary te ze wzgledow bezpieczentwa zamykane sa od srodka a ludzie wypuszczani z nich szybko i na wlasna odpowiedzialnosc. Wynikalby z tego, ze boja sie wszyscy poza taksowkarzami, ale to tez nieprawda, oni tez sie boja. W koncu co roku srednio zostaje zamordowanych okolo 100 taksowkarzy w Caracas, co daje wynik – 1 martwy taksowkarz co 3, 65 dnia. Malo optymistyczne prawda??
Generalnie jezeli ktos wybiera sie do Caracas nie radzilabym za bardzo kierowac sie informacjami zawartymi w wikipedii tym razem, czasy swietnosci 1810 roku kiedy to byl to osrodek buntownikow Simona Boliwara juz dawno tu minely. 70 % miasta obecnie zajmuje tak zwane “barrios” – dzielnice nedzy i zarazem najniebezpieczniejsze miejsca miasta. Mieszkaja tam ludzie przybyli z innych stron kraju bez pieniedzy i mieszkan i stawiali “domy” z byle czego. To tak w ramach genezy barrios, favel w Brazylii i dzielnich nedzy w innych miastach Ameryki Lacinskiej. Bardzo szybko barrios staly sie centrum przestepstw, prostytucji, narkobiznesu etc etc. Jezeli ktos chce popelnic oryginalne samobojstwo zapraszamy do barrios.Jezeli ktos lubi bic bity, gealcony i okadany – zapraszay do barrios. Po inne “przyjemnosci “ rowniez. Ostatnio pojawilo sie podobno killka film specjalizujacychsie w “sportach ekstremalnych” organizujach po kilka tysiecy euro krotkie wycieczki do barrios, opancerzonymi jeepami, pod ochrona uzbrojonych straznikow etc etc. W kazdym razie obecnie jest podobno gorzej niz w favelach “Miasta Boga” - dzieciaki chodza z bronia etc etc. A prostytutki podobno uprawiaja milosc francuska za 10 bolivarow – sami sobie to przeliczcie, bo mnie wynik za bardzo przeraza.

Tak wiec stoimi z Hugo w tym korku i stoimi, przed nami do pokonania 2 tunele i 3 mosty. Razem z name stoja samochody – nowe i stare, na ktore jak sie patrzy nieodmiennie kojarza sie z samochodami z Kuby, ktore podobno sa z lat 50 a caly czas dzialaja. W korku stoja tez autobusy pelne ludzi wracajacych z plazy. Ludzie a autobusach (nie wiem jak bo scisinieci sa jak sardynki) tancza. Merenge i regeeton slychac bardziej niz cokolwiek innego. Wyciagam aparat by sprobowac, mimo ciemosic porobic jakies zdjecia, jednakze Hugo mowi “ lepiej go schowaj”. Nie musze sie dlugo zastanawiac dlaczego- Hugo opowiada mi o motycyklistach ktorzy podjerzaja do autka, wybijaja szybe i grozac bronia biora sobie to co chca. Dlateg wlasnie wszystkie samochody maja przyciemnione, zeby nie powiedziec – zaciemnione boczne i tylne szyby.
Po jakiejs 1.5 godizny korku zaczynami dojezdzac do samego Caracas. Widok w nocy jest po prostu niesamowity (oczysicie nie moge go sfotografowac) – mnostwo mnostwo mnostwo swiatel. Nigdy w zyciu nie widzialam tylu swiatel. Tak jakby ktos obkleil gory cala chmara robaczkow swietojaskich. Po przelknieciu pierwszego zachwytu i podnoszac lekko szczeke z kolan pytam Hugo “Hugo, a gdzie sa te slynne dzielnice nedzy, z biednymi dziecmi i wielodzietnymi rodzinami zyjacymi za 1 dolara 3 dni??, gdzie te dzielnice nedzy, ktore mialay mnie przywitac w Caracas?”. Hugo lekko odpowiada “ po twojej prawej Ola, po twojej lewej Ola, przed toba Ola a teraz juz nawet za toba Ola”. Hugo wyjasnia mi, ze dzielnice sa nedzne tylko z nazwy. Ze nie ma juz barrios bez pradu, nie ma juz barrios bez gazu (czy jest on legalny to juz inna kwestia), nie ma juz barrios bez internetu, nie ma juz domu w barrios bez plazmy, zajebistego kompa i sprzetu muzycznego. I ze generalnie o takim sprzecie jaki maja domy w barrios wielu Wenezuelczykow moze sobie tylko posnuc niesmiale marzenia.

W koncu dojezdzamy do domu Gabiego – ktory jest moim hostem w Caracas. Szybkie przygotowanie sie i spadamy na male spotkanie urodzinowe brata Caroliny – narzeczonej Gabiego. Poki co dobrze znosze zmiane czasu i mimo ciemnicy nie przestaje sie niczemu dziwic po drodze. Najbardziej uderza mnie brak ludzi – przejezdzajac przez cale centrum (dosc spore) naliczylam ich 5. A nie jest jeszce pozno a poza tym to cholerne centrum miasta!!! Gabi lekko i z uroczym usmiechem kwituje sprawe “witaj w Caracas Olita”

Druga rzecza, ktora troche mnie bije po oczach mimo nocnej pory sa kraty w oknach. W Warszawie tez mamy kraty w oknach i jest to calkiem logiczne zwazywszy, ze mieszkamy na parterze, a naszym marzeniem nie jest totalne okradzenie mieszkania. Jednakze w Caracas wszystkie pietra (Gabi mieszka na 7 pietrze) maja kraty w oknach. Wszystkie.
Urodziny Carlosa okazuja sie byc klasyczny rodzinnym spotkaniem, jest Babcia, jest Mama, jest brat, jest dziewczyna brata (na niebotycznie wysokich i niebotycznie czerwonych szpilkach), jest kuzyn, jest Carolina, jest Gabi, jestem ja i dwa psy. Jeden non stop w moich obejciach drugi z racji tego ze jest z natury agresywnym bullterrierem i potrzebuje czasu zaby mnie zaakceptowac – wiekszosc wieczoru spedza samotnie w lazience. Kiedy wszyscy dowiaduja sie, ze mozna ambitnie powiedziec iz mowie po hiszpansku czuje sie niemal adoptowana. Dostaje w prezencie wlasnego pieska (niestety zalatwienie pozwolen na transport do Bareclony trwa za dlugo i obecnie piesek jest na odlegosc w Caracas moj). Pani Mama z Pania Babcia skacza do kuchni i pichca mi lokalne przysmaki, wyciagaja kolejne piwka z lodowki etc etc. Czuje sie doszczetnie i az po ostatnie komorki w palcach stop rozpieszczona.


Z drugiej strony moge sie rowniz wypytac o sytuacje i zycie w Caracas, o Chaveza, o prace, o studia i o wszystkie kwestie ktore mnie interesuja.

Okolo 1 rano wychodzimy ze spotkania, ja tak najedzona, ze ledwo niose wlasny brzuch. Kilka minut przed wyjsciem zadzwonilismy po taksowke, jednak gdy zeszlismy na dol – auta jeszcze nie bylo. W normalnej sytuacji w Warszawie czy w Barcelonie grzecznie poczekalabym na ulicy te kilka minut. Tutaj jednak nie wychodzimy z budynku tylko czekamy na korytarzu.Calkowicie zdziwiona mowie “ale co nam moga zrobic jak nie ma nikogo na ulicy??”. Gdy jednak taksowka w koncu przyjezdza i szybko do niej wsiadamy tuz za rogiem migneli mi malo zachecajacy mlodziency, z ktorymi wolalabym sie nie spotykac nawet za dnia na komisariacie policji.
Dzien konczymy z Gabim chyba okolo 4 rano rozmowami na temat Wenezueli i zycia tutaj. Daje to zupenie inne spojrzenie na ten kraj niz mialam wczesniej. Jedyne chyba do czego mimo zmeczenia dochodze to to, ze musi byc bardzo trudno i ciezko byc Wenezuelczykiem w Wenezueli, a juz na pewno inteligentnym Wenezuelczykiem w Wenezueli. I ze trzeba byc niesamowicie dzielnym by mimo zycia w Caracas umiec sie cieszyc.
