martes, 30 de noviembre de 2010

TO JEST 1 EURO






Jak kazdy widzi. Ale to nie jest zwyczajne 1 euro. Nie nie nie, nie chodze po miescie i nie robie zdjec kazdemu jednemu euro, ktrore widze (choc idea jest interesujaca). To jest 1 EURO, ktore moj szef wygral na zakladzie z szefem z oddzialu naszej firmy z Andaluzji. Oczywiscie zaklad byl prosty jak konstrukcja cepa (moj szef mowil “Wygra FC Barcelona” a drugi szef mowil “no gdzie tam! Wygra Real Madrid”) wiec krzyczalam glosno i intensywnie “Wiecej, wiecej , wiecej!!! O wiecej sie zaloz!! Za 1 EURO nawet sie nie napijemy!!!!!”.

Ale mialo byc symbolicznie, bo inaczej w firmie nie wypada. Mamy zatem symboliczne 1 EURO ustawione na znaku naszej firmy i pozujace Olowi do zdjec. Calkowicie – nie – symbolicznie sama sobie piwo kupie. A co tam! W koncu ja tez przewidzialam, ze FC Barcelona wygra!

lunes, 29 de noviembre de 2010

KATALONSKIE CIEKAWOSTKI IV -Poniewaz dzisiaj wszyscy jestesmy z Barcelony!!

ok, poza Ikerem Casillasem (ale on po prostu pomylil druzyny) i Ronaldo (ale to akurat lepiej).

Starcie dwoch gigantow - FC Barcelona i Real Madrid - Barcelona sie trzesie, Barcelona krzyczy, Barcelona skacze, Barcelona wygrywa!!!

Ludzie w barach, ludzie w domach! Nawet na naszym poddaszu slychac gwar na ulicach naszej normalnie spokojnej dzielnicy!! Wrzaski, gwar, klaskony, petardy!!! I radosc radosc radosc!!

Villa !! Villa!! Villa Maravilla!!!

FC BARCELONA jest tu do tego stopnia uwielbiana, ze nawet wieczorna zmiane z magazynu firmy z Casteldefels, gdzie kazdego wieczora wysylamy okolo 20 ciezarowek zwolniono oficjanie do domu na ogladanie meczu. To nie zart. Zrobiono wolne w ogromniej firmie z powodu meczu.

o 3:0. Wracam do piwa i meczu!


Barcelona spiewa!!!

szkoda, ze to piekne cialo Casillasa marnuje sie w tak brzydkiej druzynie!

ciekawe o ktorej ludzie u mnie w biurze do pracy jutro dotra i w jakim stanie...

o fenomenie nie-opluwania sie i innych cudach wiankach z Aragonii


Mieszkancy Zaragozy znani sa, miedzy innymi, ze swojego specyficznego sposobu mowienia. Litere “Z” wymawiaja dzwiekiem oscylujacym miedzy “Z” i “S”. Kiedy mieszkaniec tego (uwaga informacja: 6- tego pod wzgledem liczebnosci miasta Hiszpanii) wymawia nazwe “Zaragoza” ma sie wrazenie, iz jego jezyk drga z niesamowita predkoscia jednoczesnie wyginajac sie w sposob conajmnije nienaturalny by osiagnac taki a nie inny efekt dzwiekowy I z pewnym, takim dreszczykiem emocji czeka sie ….. opluje sam siebie czy nie?????

O dziwo, zaden z nich sie nie opluwa, a przy najmniej ja jeszcze nie bylam swiadkiem takiego wydarzenia (a gdybym byla, na pewno bym tego nie zapomniala!). Ani jeden z moich nauczycieli Hiszpanskiego w Warszawie – Jose Manuel, ani moj byly wspolokator Agustin, ani moj host z tego weekendu – Alex. Ani zaden inny mieszkaniec Zaragozy. Za kazdym razem, pelna nadziei tego oczekuje I niestety nigdy do tego nie dochodzi. Zycie. Dobrze, ze nie chloszcze na innych plaszczyznach rownie mocno.

W Zaragozie bylam wczesniej raz – przez 2 godziny zrobilismy postoj w drodze powrotnej z Madrytu. Wiekszosc czasu spedzilismy w barze jedzac, a potem galopkiem udalismy sie pod katedre pstryknac kilka zdjec I nastepnie przebieglismy przez wnetrze katedry I … juz. Szczesciem dla siebie domyslilam sie, iz Zaragoza do knajpy, placu I jednej katedry sie nie ogranicza.

Widok Katedry noca, zaznaczam, ze nic nie robilam z tym zdjeciem. Zadnego photoshopa ani nic. Ono po prostu takie jest

Alex w promieniach slonca

Z tego wlasnie powodu (jak i rowniez z tego, ze Jose Manuel zawsze w atrakcyjny sposob przedstawial swoje rodzinne miasto) postanowilam spedzic ten weekend w Zaragozie. Zaragoza, zgodnie z moimi, jakze bystrymi, oczekiwaniami okazala sie byc nie tylko miastem jednej knajpy, jednego placu i jednej katedry (ale z ato z 11 kopulami). Zaragoza to rowniez miasto o najwiekszym zageszczeniu sklepow z sukniami slubnymi na jednej ulicy jakie w calym swoim zyciu widzialam (calle Don Jaime), Zaragoza to rowniez miasto, gdzie figurke swietej w katedrze caluje sie w pupe (naprawde), Zaragoza to rowniez miasto, gdzie awaryjnie moga ladowac promy kosmiczne, Zaragoza to takze miasto, w ktorym piersza rzecza jakiej dokonalam bylo zgubienie sie (nie wychodzac z dworca z reszta, ale dworzec Zaragoza Delicias jest ogromny! Ogromny! Ogromny! I tylko jedno “ogromny” zostalo uzyte w ramach autousprawiedliwienia). Zaragoza to miasto momentami przerazliwie zimnego i wrzynajacego sie w kosci wiatru a momentami robierajacego z kurtek slonca. Zaragoza to miasto ukrytych w katedrze La Seo figurek Krzyzakow (bardzo ukrytych, przez godzine “szwedania sie” po tej swiatyni – naprawde pieknej z reszta – ich nie znalazlam – wnioski 2 do wyboru: 1. Albo wikipedia klamie i Krzyzakow wcale tam nie ma albo 2. Wikipedia nie klamie i Krzyzacy sa naprawde dobrze ukryci). Zaragoza to generalnie bardzo przyjemne i sympatyczne miasto.

Dworzec Zaragoza Delicias w swietle juz bardzo bardzo zachodzacego slonca

Autobus jedzie z Barcelony jakies 3, 5 godziny wiec spokojnie mozna sie po pracy w piatek wybrac i juz o 23 byc w Zaragozie, po to by juz o 23:05 byc zgubionym w Zaragozie. Naszczescie Alex – moj host zna swoje miasto duzo lepiej niz ja – wiec po kilku minutach i wskazowkach w stylu “wiec widze przed soba to i to a obok siebie to i to” mnie odnalazl. Alex jest przeuroczym i pelnym energii mlodym czlowiekiem zawodowo zajmujacym sie nauczyczaniem dwudziestu czterech sztuk czterolatkow. Alez mieszka w uroczym mieszkaniu 20 kilka km za Zaragoza, w mieszkaniu tym niestety akurat w ten weekend zabraklo ogrzewania i cieplej wody. Mialam wiec okazje poczuc sie jak wtedy gdy lat mialam 3 do 8 lat i jezdzilismy na wakacje na dzialke i jeszcze wtedy nie bylo tam cieplej wody i tez ja musielismy gotowac zeby sie umyc. Roznica tylko taka, ze tym razem miske zastapila wanna a Mystkowice – miescinka pod Zaragoza. Co i tak nie popsulo i nie zmniejszylo uroku tego wyjazdu. Ba! Nawet spanie pod 5 koldrami tego nie popsulo. Ba! Nawet wyjscie w sobote z domu i odkrycie (po 1,5 godziny spedzonej pod koldra jedzac sniadanie i starajac sie tak manewrowac swoimi koczynami by jak najmniej je wystawiac spod koldry), ze na dworzu jest duzo cieplej niz w domu tego nie popsulo!

opowiesc drogi, zdjecie drogi. Futurystyczne i dadaistyczne zdjecie drogi z Zaragozy do domu

Zaragoza jest mala, ale pelna uroku. Cala sobote niemal poswiecilam na zwiedzanie. Klasyczne. Z wydrukiem z wikipedii w reku i Alexem u boku przemaszerowalismy przez cale centrum. Bylismy w Katedrze Nuestra Señora de Pilar ( tej o 11 kolumnach) – gdzie – jak to ostatnio sie dzieje gdy wkraczam do jakiegokolwiek kosciola – wlasnie odbywal sie slub (pod z reszta naprawde imponujacym oltarzem – niestety – jak to wujek Mory mowil – koza jedna wzielam ze soba tylko jeden obiektyw i to akurat ten ktorym nie dalo sie calego oltarza uchwycic). Katedra jest imponujaca, ale prawie wszystkie katedry na swiecie to do siebie maja, ze sa imponujace. Ta z daleka przypomina troche Hagia Sofia, powstala na przelomie XVII i XVIII w. a Najswietsza Maria na Kolumnie (ta ktora sie caluje w pupe) podobno w roku 40 naszej ery ukazala sie Sw. Jakubowi.

prosze mi tylko tego nie tlumaczyc jako aluzje od opatrznosci, ja za mloda mentalnie jestem na takire drastycznerzeczy

Widzialam la Lonja, widzialam ruiny starych murow Zaragozy, widzialam jeden z odnowionych fragmentow z okazji Expo, widzialam mala zabke plujaca na Cezara, widzialam Alkazar w nocy (jesli jeszcze kiedys wybiore sie do Zaragozy, na pewno nie omieszkam wybrac sie tam w dzien, ale ilez juz razy mowilam, ze nie omieszkam czegos zrobic jesli jeszcze raz gdzies dane mi bedzie pojechac?????? Dziekuje, odpowiedzi nie sa konieczne, to pytanie retoryczne).

Zabka,

niby proste i logiczne - a jakze urocze w swojej prostocie, znak ten umieszczony jest na fontannie i mowi o tym, ze nie pozwala sie na fotnanne wchodzic, poniewaz grozi to upadkiem

podpis wydaje mi sie zbedny, ale jesli ktos by sie nie domyslil to zdjecie przedstawia male chinskie dzieci bawiace sie banskami mydlnymi na jednej z ulic Zaragozy

tak, to fragment Alkazaru poznym wieczorem

a to alejka na przeciwko.

Najbardziej zaskoczyla mnie katedra La Seo. Nie dlatego, ze nie znalazlam Krzyzakow. Nie dlatego, ze budowe rozpoczeto w XII w a skonczono w XVII. Nie dlatego, ze moim calkowicie prywatnym i osobistym i calkowicie, az do bolu subiektywnym zdaniem jest najpiekniejsza katedra w Zaragozie, i nie dlatego, ze jest fantastycznym wymieszkaniem baroku z arabskim stylem (naprawde imponujacym). Ale dlatego, ze wejsc do niej jest bardzo bardzo ciezko. Jest to niemal jak stoczyc boj z dwoma uzbrojonymi Krzyzakami na wejsciu, a samemu bedac jak ta Danusia bezbronna. Sprobowalismy jeden raz i nam powiedziano “teraz nie mozna, przyjdzcie pozniej”. Lekko zdziwieni udalismy sie zatem w dalsze zwiedzanie. Za drugim razem przyszlam juz sama i uslyszalam cos na co nie znalazlam zadnych slow – “teraz nie mozesz wejsc, bo jest msza i dlatego nie mozna”. Tym krotkim zdaniem zostalam zmasakrowana intelektualnie i emocjonalnie. Naszczescie nie na tyle, by nie sprobowac dnia nastepnego. Nastepnego dnia zatem, zaraz po smniadaniu i kapieli mogacej uchodzic za sport ekstremalny, w pelni wojwniczym nastroju i z nastawieniem “tym razem, kurcze, wejde tam i zwiedze!!!” stanelam u wrot katedry. I tym razem nikt mi zadnych problemow nie robil (zapewne z powodu gromow rzucanych moimi wscieklymi oczami), powiedzieli “zaplac tej uroczej pani w kasie 4 euro i mozesz smigac”… Osobiscie jestem zdania, ze za wchodzenie do miejsc religijnie switych nie powinno sie placic. Ale cos. Kadedra La Seo jest piekna i imponujaca Naprawde. Zdjecia nie byly przerabiane w photoshopie. Tam naprawde taka wlasnie gra swiatla z cieniem sie odbywa.

Zaragoza rowniez posiada niesamowite ruiny rzymskie. Oczywscie calych nie zwiedzialam. Przeszlam sie tylko w sobote wieczorem po rzymskiej kloace, ktora chyba jest najbardziej imponujaca toaleta jaka widzialam w swoim krotkim zyciu. W niedziele zaraz po obiedzie (jeszcze przed Katedra La Seo) i kapieli (tak - tej ekstremalnej) o godzinie 14:30 radosnie udalam sie zwiedzac reszte rzymskich ruin (zostal mi port i cos jeszcze, nie pamietam co). Oczywiscie o tej porze w niedziele juz ruiny byly zamkniete. Termy rzymskie, ktore chcialam zobczyc – rowniez (moglam sobie na nie z gory przez szybke popatrzec.)

fragment rzymskiego amfiteatru

Ale bylam tez w muzeum, bylam tez na bardzo ladnym placu Sitios i generalnie Mama moze byc ze mnie dumna.Na imprezce tez bylam. O 6 rano juz prawie plakalam z glodu i ze zmeczenia i z bolu oczu od dymu (odkad rzucilam palenie zrobilam sie wrazliwa jak prawdziwa dama o blekitnej krwii). Okazalo sie, ze Alex nie potrzebuje spac, nie potrzebuje jesc i generalnie wystarczy mu tylko zmieniac pusta szklanke na pelna szklanke sidry i Alex zmienia sie w prawdziwe SZCZESLIWE DZIECKO. Skacze, usmiecha sie, zartuje, tworzy, fantazjuje, wymysla glupie klubowe gry (nie, nigdy wiecej nie bede buziakowac i przytulac obcych mezczyzn w barach tylko dlatego, zeby nie stawiac kolejki wszystkim zgromadzonym przy naszym stoliku), smieje sie jak glupek, wygina myslac, ze tanczy, spiewa i swawoli. Nic tylko patrzec i sie smiac ;)

fragment bardzo ladnego pomnika na placu Sitios. Na tablicy informacyjnej wspomniane jest, iz Zaragoza zostala podbita przez oddzialy Napoleonskie, nie jest natomiast wspomniane, ze ogromna role w tym podboju odegraly oddzialy polskie. Probowalam nauczyc Alexa, ze tak naprawde to Polacy zdobyli wtedy Zaragoze, ale jakos nie mogl mi uwierzyc

Generalnie – Zaragoza na tak. Zdecydowanie na tak. Jest mila i urocza i ma do zaoferowania duzo i milych i usmiechnietych mieszkanscow (poza jednym panem w jednym sklepie, ktory mi nawet nie raczyl wytlumacz jak mam gdzies dojsc, mimo iz miejsce to bylo doslownie za rogiem). I kierowcy w autobusach rowniez. Tylko ten dworzec… Jest tak ogromny, ze malo nie zostalam w Zaragozie na zawsze szukajac swojego peronu.

To co naprawde jest fajna incjatywa w Zaragozie, to to, ze mlodzi ludzie ZA DARMO (!!!) czyszcza i odnawiaja stare zniszczone place w mniej bezpiecznych regionach miasta i przerabiaja na place zabaw, boiska do koszykowki etc etc. Wszystkie te miesca ozdobione sa fantastycznym graffiti.

i jeszcze jedni mlodzi ziomale z Zaragozy


Hehehe od maja mam tego bloga, a dopiero teraz odkrylam jak dodawac wiecej niz jedno zdjecie za jednym zamachem, Chytrze chytrze

p.s. ciekawostka - flaga Aragonii jest bardzo podobna do flagi Katalonii. Rozni je tylko to, ze na tej z Aragonii umieszczony jest herb tejze. Jak odpowiednio powiewaja na wietrze to mozna sie pomylic i pomyslec ze ratusz w Zaragozie jest pelen zwoleninnikow wolnej Katalonii

tym razem bez zdjec sie odslonie

bazujac na swoim literackim talencie...

a tak naprawde - aparatu mi sie nie chcialo na impreze w sobote wziac.

Moglam wziac, gdyz do tej pory w to uwierzyc mi trudno - z panem S. z dalekiego poludnia (nie podam imienia, nie wkleje zdjecia, poniewaz wiem, ze pan S. czasem zaglada na tego bloga i przed nieznajomoscia jezyka polskiego ratuje sie znajomosci tlumacza google), po niemal 2 latach znajomosci zaczelismy... rozmawiac normalnie. Oczywiscie "normalnie" na nasze - zlych dzieci - standardy. W kazdym razie nie ograniczylo sie to narzuconych odgornie przez dobre wychowanie zdawkowych zdan a pozniej ograniczenia rozmowy do "mhh" lub "hmmm" (co po hiszpansku i tak brzmi tak samo bo maja nieme "h"). Wzglednie ograniczenia jej do kompletnej ciszy. Z gatunku ciezkich, niemal fizycznie ciezkich ciszy.

Pan S. jest inteligentny i specyficzny, nie lubi swojej nacji i nie lubi mojej nacji (ale lubi mnie - przyznal sie kiedys po pijaku wiec nigdy wiecej zapewne tego od niego nie uslysze wiec do tej pory rozkoszuje sie wdziecznie tym wspomnieniem). Pan S. mnie przerazal, oniesmielal i wbijal wzrokiem w podloze. Nie tylko wzrokiem, cala swoja osoba mnie wirtualnie wbijal w podloze.

W ten weekend rozmawialismy. Naprawde. Nie zebysmy spezdili godziny na rozmowach o swoch zainteresowaniach i planach na zycie, radosnie odkrywajac jak wiele nas laczy. NIE. Ale rozmawialismy. Nim sie zorientowalam co zrobilismy bylo juz po fakcie.

Jest to na tyle przerazajaca zmiana, ze postanowilam zapobiec rozwinieciu tej sytuacji w nastepny weekend aranzujac swoj wyjazd z Barcelony. Mysle ze do Walencji na weekend sie udam. Albo gdziekowiek. To tez dobre miejsce.

viernes, 19 de noviembre de 2010

Z SERII KATALONSKIE CIEKAWOSTKI – III -TOROS DE OSBORNE


Poniewaz w tym miesiacu jeszcze nie bylo mojej ulubionej sekcji

Los Toros de Osborne znaja wszyscy. Nawet jesli nie byli w Hiszpanii, znaja na pewno. Moze nie pod ta nazwa (a jest to oryginalna nazwa) ale znaja wszysy – z kubkow, z obrazkow, z etykiet, z flag i z drog. Toros de Osborne sa to ogromne, metalowe konstrukcje bykow (wysokosci 14 metrow) ustawione na wzgorzach w 88 miejscach Hiszpanii, z reguly ustawione tak, by bylo je dobrze i wyraznie widac z drogi/ drog. Juz wszyscy kojarzymy ¿? Tak ¿? To super.

Byki owe oglednie rzecz ujmujac - w Europie uznawane sa za symbol Hiszpanii (tak, i daltego wlasnie Hiszpanie sami sobie ich tyle nastawiali, zeby nie zapomnieli, gdzie przyszlo im zyc :P ) i oglednie rzecz ujmujac – sa one symbolem Hiszpanii. Ciekawa jednakze jest historia jak do tego doszlo.

na prezentowanych zdjeciach znajduja sie Toros de Osborne, ktore mijalismy na trasie Madrid - BArcelona

1956 roku niejaka firma alkoholowa OSBORNE najela artyste – Manela Preta (wolal byc nazywany Manolo Preto) by pomogl mu stworzyc reklame / symbol nowej marki brandy. Tak wlasnie powstal pierwszy byk, ktorego orgyginalne wciele na papierze caly czas jest pieczolowicie przechowywane przez firme Osborne.

W 1956 roku zaczeto stawiac pierwsze byki – byly one zrobione z drewna, mialy mniej wiecej 4 metry wysokosci i biale rogi. Od 1961 roku, w ramach ochrony lasow zaczeto stawiac byki metalowe – te byki z kolei mialy okolo 7 metrow wysokosci. Wedlug dyrektyw firmy z lat 1961- 1962 zaczeto stawiac byki na wzgorzach o minimalnej wysokosci 50 metrow lub na wysokosci mínimum 125 metrow powyzej poziomu drogi – tak by byly z niej widziane juz z duzej odleglosci. Te byki z kolei maja 14 metrow wysokosci – tak jak obecnie wszystkie byki. W latach tych zaczeto na bykach umieszczac napis “Osborne – Sherry & Brandy”.

Ciekawe i radosne wydarzenie mialo miejsce 8-11 maja 2005 roku kiedy to mlody artysta i performer Javier Figueredo wraz z trojka innych (nieznanych z imienia do tej pory) performerow przemienili Byka Osborne – w krowe Milki malujac ja na fioletowo w biale ciapy.

To co mialo byc reklama marki – stalo sie symbolem fabryki. To co stalo sie symbolem fabryki – bardzo szybko uroslo do symbolu calego kraju. I to cala tajemnica bykow.


Co w tym katalonskiego?? Otoz…. Nic. NIC. Dokladnie. Byl plan umieszczenia bykow rowniez na terenie Katalonii, ale Katalonczycy uparli sie, ze sa one za bardzo hiszpanskie by mogly stac w Katalonii. Zachowal sie jeden. Na zdjeciu widac, ze raczej nie stoi on na wzgorzu o wysokosci minimalnej 50 metrow. A jesli wzgorze istotnie ma tyle wysokosci to jest ono skrzetnie otoczone jeszcze wyzszymi wzgorzami i w rezultacie pan byk wyglada jakby sobie spokojnie plasal w wysokiej trawie.– KATALONCZYCY.

Po wieksza ilosc informacji zapraszam na strone firmy Osborne: http://www.osborne.es/ zakladka – el toro de osborne. Ja poniezej w ramach hiszpanskich ciekawostek zalaczam tabelke z rozlozeniem ilosci bykow na poszczegolne prowincje Hiszpanii:


Prowincja

Ilosc

Prowincja

Ilosc

Andalucía

21

Extremadura

5

Aragón

6

Galicia

5

Asturias

5

Madrid

2

Baleares

1

Navarra

1

Canarias

1

La Rioja

2

Castilla-La Mancha

13

Comunidad Valenciana

12

Castilla y León

13

País Vasco

1

Cataluña

0

Total

88

miércoles, 17 de noviembre de 2010

Daj mi jeszcze jedna szanse poznac Twoje MIASTO

Poniewaz jak do tej pory znam Madryt niemal tylko z imprez...

W Madrycie bylam kilkakroc. Raz na dluzej (2.5 tygodnia) a innym razem na weekendowy wypadzik. W Madrycie hostow mialam niesamowitych – Jose Manuela i jego zakaz wchodzenia do kuchni (co nie znaczy ze mnie glodzil, raz widzial jak radze sobie w tym pomieszczeniu i chytrze postanowil sam gotowac lub zabierac do knajp) – hostow super - jak Roberto i jego nie konczaca sie ilosc energii i hostow calkowicie neutralnych – co rowniez nie znaczy ze byli zli, po prostu nie ze wszystkimi sie lapie wspolny jezyk.



Madryt w deszczu

Mimo wielu wizyt nie znam najlepiej Madrytu. Z informacji ogolnych i ogolnie znanych – Madryt (esp. Madrid) – stolica i najwieksze miasto Hiszpanii, polozone na powierzchni 607 km kw. i liczbie ludnisci 3.25 milionow (dane z 2007 roku) - narodowosciowo i kolorystycznie wymieszanych niemal tak samo jak mieszanka etniczna zyjaca w Barcelonie. Madryt jest duzo bardziej europejski w sensie architektownicznym . Dokladniej w tym sensie ze budynki duzo bardziej przypominaja te w Warszawie. Oczywiscie nie jest to blokowisko na Ursynowie, oczywiscie maja te swoje rozciagajace sie zielone plachty na balkonach, ale …. Architektonicznie to nie fantazyjna Barcelona.


W koncu zrobilam zdjecie jednej z wiez !!!

Madryt jest jednym z najstarszych miast naszego kontynentu, pierwsza osada na tym terenie powstala juz za czasow Imperium Rzymskiego w okolicach II wieku p.n.e. Pierwsza wzmianka pochodzi z X wieku, a prawa miejskie miasto otrzymalo w 1118 roku z rak krola kastylijskiego Alfonsa VI, jednakze przez nablizsze 5 wiekow Madryt nie uzyskal wiekszego znaczenia. W 1561 pierwszym roku Filip II z (dzis – 15 minut w Ave pobliskiego) Toledo przeniosl stolice do Madrytu. W lastach 1851- 1864 Madryt otrzymal pierwsze polaczenie kolejowe – z Aranjuez

28 marca 1939 roku, po 3 latach obrony Madryt (wczesniej bedacy glownym osrodkiem republikanskim Hiszpanii) zostal zdobyty przez wojska generala Franco. Po wiecej informacji jak zwykle zapraszam do Wujka Googli i Cioci Wiki, jest mnostwo stron w jezyku polskim wiec nie ma wiekszej potrzeby zebym przeciazala swoj mozg nadmiernym wysilkiem intelektualnym.

Mila odmiana od ciaglego patrzenia na katalonskie flagi

Ostanim razem spontanicznie odwiedzilam Madryt w marcu. Spedzialam ponad 9 godzin w pociagu, ktore mnie malo nie zabily i po odbyciu ktorych powiedzialam sobie – NIGDY, K…A, WIECEJ NORMALNYM POCIAGIEM DO MADRYTU. JAMAIS. Tym razem trafila sie okazja pojechania samochodem w towarzytwie 4 innych osob (Elviry, ktora jechala odwiedzic swojego chlopaka Javiego, Javiego ktory jechal po swoje rzeczy oraz Eleny i Juliana, ktorzy rowniez jechali odwiedzic chlopaka Elviry – Javiego). Po wpadnieciu tuz za Zaragoza w korek, w ktorym w okolo 2 godziny pokonalismy jakies 30 km, po podrozy samochodem do Madrytu mowie – NIGDY, K…A, WIECEJ SAMOCHODEM DO MADRYTU. JAMAIS. Nogi mialam zdretwiala chyba przez tydzien.

zachodzace slonce w drodze

Poprzednio moim hostem byl Camilo – kolega Kolumbijczyk, ktory z reszta poprzednim razem spontanicznie namowil mnie na wyjazd tego samego dnia. Camilo jest milym chlopcem, ale ja jestem egoistka i potrzebuje, zeby sie koncentrowac na mojej obecnosci przynajmniej przez 75 % spedzonego ze mna czasu. Dlatego tym razem, gdy Camilo sie spytal czy bedzie moim hostem, juz mialam nagrane spanie u Tia Apolo. Apolo jest chlopcem, ktorego poznalam w zeszla zeszla Wielkanoc w Barcelonie i jest jednym z najmilszych i najbardziej pozytywnych ludzi jakich znam. Z meksykanskim kokieteryjnym usmiechem, z kultura osobista na poziomie bez porownania wyzszym niz wiekszosc mezczyzn ktorych poznalam w Barcelonie, inteligentny, cieply i fantastycznym poczuciem humoru. Apolo juz od jakiegos czasu jest na ostrej diecie (jedna z nielicznych osob, po ktorych naprawde widze rezultaty diety) – nie pije zatem zadnych wysokokalorycznych napojow. Zeby zatem go nie klopotac, nie robic problemow etc etc – 2 butelki tyskiego, ktore ze soba w ramach prezentu przywiozlam, wypilam sama. Z natury bowiem jestem altruistka.

Najladniejszy portret w zyciu Cioci Apolo

Z Apolo jak zawsze czas spedzony byl wesolo, rozkosznie, swawolnie i radosnie. Mimo, iz Apolo mial w tym czasie rowniez innego goscia, to poswiecal mi wystarczajaco duzo uwagi. Drugim gosciem Apola byl - tajemniczym zbiegiem okolicznosci – Cesar. Cesara poznalam 3 lata temu w Madrycie (a przynajmniej na to wskazuje filmik zamieszczony w moim profilu na facebooku), a potem spotkalam Cesara w kwietniu w Warszawie. Zajechal do Madrytu wczesniej niz ja wiec prosiak zajal lepszy (czyt. z podwojnym materacem) – pokoj. Kilka razy wykopal mnie z przedniego siedzenia samochodu, ale co – ja zrobilam to samo kilkakrotnie rowniez i dolozylam do tego kilka uderzen wiec satysfakcjemialam wieksza.


Pan Jezyk, czyli Cesar- czyli Argentynczyk o strereotypowo meksykanskim wygladzie, zeby bardziej sprawe zamieszac - mieszka w Warszawie


absollutnie nie-pozowane zdjecie , absolutnie

Przypadkiem spotkalam tez Angela i Marte (przpadkiem przez duze P, poniewaz stalam na ulicy i robilam zdjecia kiedy ni stad ni z owad podjechal samochod i jakis macho zaczal do mnie z niego wolac – okazalo sie ze macho to Angel) z Avili, ktorych z kolei pozanlam bozdajze 2,5 roku temu w MIlanie a pol roku pozniej spotkalam przypadkiem w Barcelonie.


Marta
oraz Angel i jego piekne zeby:




Nie moglo sie obejsc oczywiscie bez spotkania z Jose Manuelem i wizyty w Chisconie! Chiang – juz narzeczona Jose- rodzi w marcu, ale z racji blizniakow juz wyglada dosc hmmm. Poteznie? Ale pieknie jak zawsze. Jose i Chiang zaprosili mnie i jeszcze jednego przyjaciela – Szalonego Peruwianczyka na obiad. Niestey obiadem okazal sie byc rosol galicyjski z plywajacymi roznymi ciekawymi fragmentami zwierzat – uszko swinki, buzia krowki etc etc. Od 3 miesiecy ograniczam mieso w swojej diecie do mieska z kurczaczka- w wiecej nie wnikam. Po kolacji udalismy sie radosnie z Jose i z Szalonym Peruwianczykiem do Chisconu. Chiscon stal sie juz na tyle miejscem wrecz rodzinnym dla mnie, ze niemal tam nie place. Tym razem byl nowy barman – Miguel, ktory po podaniu mi butelki chcial pobrac pieniadze (wbrew pozorom moglam zaplacic, naprawde), ale stary barman sie rzucil w mojej obronie mowiac, ze to przeciez jest Ola i Ola nie placi, bo albo placi za nia Jose albo Szalony Peruwianczyk albo generalnie nie placi i na szczescie przebywa tu tylko raz na pol roku.


Jak zawsze piekna Chiang i male joso-chiango-manuele
i jeden z moich naj naj naj ulubienszych hostow - Jose Manuel z Olkiem

oraz chinski czaj, ktorym to miedzy innymi sie raczylismy:



Jose po wypiciu 4 piw nabiera dziwnej wlasciwosci nie-rozumienia-Oli (nie, to nie jest tak, ze Ola po 4 piwach traci umiejetnoc wyslawiania sie po hiszpansku ¡!!!!!) Naszczescie nowy barman Miguel rozumial mnie przez caly czas mojego pobytu w Chiscon. Nie to, zebysmy z Miguelem prowadzili jakies glebokie dyskusje o zyciu i smierci, pokoju i wojnie, ale w podstawowych barowych kwiestiach Miguel odnajdowal moje slowa bez pudla



Nowy chlopiec w ferajnie - Miguel

Wiec tak jak zwykle nie poznalam Madrytu tak jak planowalam. Nie poszlam po raz kolejny (w tym sensie ze juz tam bylam kilka razy, ale chcialabym wiecej) do Prado, nie uczynilam przechadzki po starowce ani po parku Retiro. Nie pojechalam rowniez do Segovi, choc chcialam bardzo. Ale taki Madryt prawde mowiac mi odpowiada – Madryt ktory nie zasypia nigdy. Madryt z Jose Manuelem i Chiang, Madryt na dlugich rozmowach przy piwie w Chiscon, Madryt na wyglupach w Chiscon, Madryt z Apolo, Madryt na Lavapies, gdzie panowie z ciemnych zakatkow zachecajaco szepcza “haszisz! Marihuana! Haszisz!”, Madryt na Lavapies gdzie siedzimy wszyscy w domu Szalonego Peruwianczyka i sluchamy muzyki popijajac piwo, Madryt noca, Madryt ze spaniem do poludnia, Madryt bez koniecznosci gotowania… Madryt gdzie autobus nocny nie jedzie tam gdzie powinien, Madryt ktory potrafi byc tak zimny, ze musze sobie kupic kurtke...Madryt, Madryt, Madryt. Taki moj troche gupi Madryt.


Ten Peruwianczyk jest szalony
i co gorsza - jest to zarazliwe!!!!


miércoles, 10 de noviembre de 2010

la vida es corta, pero sale el sol...en la ciudad. Sale todos los dias

y calienta corazones...

Ci panowie mi wlasnie napisali, ze bardzo im sie podobaja zdjecia, ktore im zrobilam w zeszlym roku. Ci panowie sa rowniez jednym z moich naj naj naj ulubienszych zespolow z Meksyku wiec przeczytac cos takiego od nich bardzo bardzo bardzo cieszy i glaszcze po dumie i samouwielbieniu.

Panie i Panowie!!!!! zapraszam na krotki ale bardzo energetyczny wystep MONTEBONG z Guadalajary!!!!


martes, 9 de noviembre de 2010

gdyby tak biegac bylo latwo do tylu....

Niby zycie wolno plynie w mojej Nibylandii, niby dni leniwie odplywaja wraz z kazda fala Morza Srodziemnego, niby zadnych spektakularnych imprez nie ma (od lat zadnego grila w ziemi nie zakopalam, zeby potem chlopiec z wykrywaczem metalu na wykopaliskach znazl), niby imponujacych wyjazdow nie ma (ale coraz bardziej sie przychylam do wakacji na trasie Boliwia – Klolumbia niz Gwatemala –Honduras – el Salvador), niby nic szczegolnego nie robie…. A jednak, znow sie musze zamienic w wehikul casu i zrobic skok w tyl.

Katalonia jest niesamowitym miejscem. Ma do zaoferowania wszystko – od pracy (mniej wiecej, w koncu mamy kryzys), po piekna pogode, od duzych i spektakularnych miast - jak Barcelona po male i urocze miasteczka na Costa Brava, od gor po morze, od szlakow wsrod gor, przez szlaki po szosach i wzdluz torow (pozniej wrzuce zdjecia) az po szlaki wzdluz wybrzeza (nie wspominajac juz oczywiscie o psychice Katalonczykow - materiale jakze wdziecznym do analiz i studiowania). Bardzo, naprawde bardzo zaluje, ze zaczelam odkrywac Katalonie tak pozno. Do Girony pojechalam po ponad roku, nie wspominajac juz o innych miejscach, ktorych wciaz nie odwiedzilam!…

Jakis miesiac temu skorzystalam z okazji, ze ludzie z CS organizowali wycieczke do Monsterrat I …po prawie dwoch latach pobytu w Barcelonie odwiedzilam to legendarne miejsce!

Monsterrat polozone jakies 40 km na polnocny zachod od Barcelony jest miejscem, ktore absolutnie trzeba zobaczyc. Morza z niego nie widac, ale czasem , przy dobrej pogodzie podobno mozna zarys Tibidabo dojrzec (o Tibidabo tez na pewno kiedys wspomne i nie chodzi tutaj o aleje z Cienia Wiatru). “Montserrat”przetlumaczyc mozna jako “Przepilowana Gora” – podobno fantazyjne ksztalty nadaly masywowi anioly tworzac siedzibe dla Matko Boskiej z Dzieciatkiem, ktora w postaci rzezby, (wyrzezbiona w drewnie przez swietego Lukasza) w okolo 50 roku naszej ery Swiety Piotr pozostawil w pobliskiej grocie – pustelni. Figurke odnaleziono w 880 roku w Swietej Grocie (Santa Cova) i wybudowano kapiczke, ktora to z kolei w 976 roku przeksztalcila sie w klasztor benedyktynski. Benedyktyni, nie kryli, ze Matka Boska czyni cuda dzieki czemu Monsterrat stal sie jednym z popularniejszych miejsc pielgrzymkowych.

masyw gorski Monsterrat

klasztor Benedyktynski w Monsterrat

W 1409 roku bez trudu uniezaleznil sie od Watykanu (co swiadczy tylko i wylacznie o potedze klasztory benedyktynskiego), jednakze w 1811 roku wojska napoleonskie zniszczyly zarowno klasztor jak i budynki przyklasztorne.

W czasie dyktatury generala Franco, Monsterrat bylo osrodkiem oporu intelektualnego i politycznego z biblioteka, w ktorej, w tajemnicy rzecz jasna, przechowywano najwazniejsze dziela katalonskie. W chwili obecnej bibioteka ta szczyci sie ponad 300 000 dziel, muzeum dzielami takich artystow jak J. Miro, C. Monet czy Picasso.

fragment klasztoru, jedna swieca - jedna modlitwa - zyczenie.

My wyruszylismy dziesiacioosobowa ekipa wyjatkowo wymieszania narodowosciowo: Katalonia, USA, Peru, Brazylia, Szwecja, Polska, Niemcy, Brazylia i Rosja. Na gore wjechalismy kolejka linowa widoczna na jednym ze zdjec – serce mialam w gardle, nogi jak z waty jeszcze przez pol godziny po dojechaniu na miejsce (nie jest latwo chodzic na trzesacych sie konczynach, naprawde) – nie, prosze – niech nikt mnie juz nie pyta jakim cudem moge sie wspinac przy tak ogromnym leku wysokosci – wyjasniam to po raz ostani ;) : 1. Satysfakcja 2. Gdy sie wspinam wszystkimi 4 konczynami trzymam sie czegos co jest nieporownywalnie bardziej stabilne i nieporownywalnie mniej sie rusza na wietrze niz wagonik kolejki linowej, ktory toz kolei nie ma nawet porzadnych okien!!!!

tym czyms wjechalismy na teren przy klasztorze. Moja podsiwadomosc na dlugo nie zapomni tego przezycia.

Owiedzilismy klasztor – imponujacy. Bardzo pieknie urzadzony w srodku, nawet zalapalismy sie na slub. Kolejka do Matki Swietej z Dzieciatkiem (zwanej tu Czarnulka) byla tak ogromna, ze nawet oecni w grupie katolicy zrezygnowali. A potem udalismy sie na wycieczke na najwyzszy szczyt w masywie.

tak wygladalismy pokonujac kolejne stopnie

Szlaki w Monsterrat sa bardzo zaskakujace, poniewaz w 90 % skladaja sie ze… schodow. Okolica sliczna, widoki doslownie zapieraja dech w piersiach – z jednej strony szczyty zatopione we mgle, z drugiej strony szczyty odbijajace promienie sloneczne. Sklakowcy, turyscie i w ogole pieknie pieknie, tyle, ze …no te schody. Trzygodzinne chodzenie po schodach I patrzenie na piekne widoki.

Miedzy innymi takie widoki mielismy

albo takie:

czyli kolejny klasztor "schowany" wsrod szczytow

a to dowod na to, ze tam weszlismy!!Najwyzszy szczyt w masywie!!

Ale warto bylo (szkoda tylko, ze moje uda nie wygladaja uderzajaco lepiej po tej wycieczce, choc stanowczo powinny biorac pod uwage wykonany moimi nozkami wysilek). Widok, ze szczytu niesamowity – oczywisice jesli sie nie patrzy na schody, ktorymi si tam weszlo). Powiew wiatru, wolnosc we wlosach etc etc I rzecz jasna ogromna satysfakcja z pokonania takiej ilosci schodow!... Az do momentu kiedy zobaczylam jak ta sama ilosc schodow pokonala pani… I jej ratlerek!!! I az do momentu kiedy z drugiej strony nie zaczeli pojawiac sie wspinacze (o jakze wygodniej byloby to pokonac z lina niz ze schodami!!!!).!!!!

jeden z widokow ze szczytu

cholerny ratlerek, ktory mam wrazenie, ze sobie poradzil duzo lepiej niz ja

Jeden z panos skalkowcow. Jezeli ktos mi jescze kiedys zaproponuje wycieczke do Montserrat, to tylko i wylacznie tym sposobem. Innych zaproszen nie akceptuje.

A to my wszyscy

Mimo wszystko wycieczka udana. Impreza po wycieczce rowniez. Zakwasy dna nastepnego nie do opisania. Ale to przeciez Montserrat – to trzeba zobaczyc. J