miércoles, 23 de marzo de 2011

im bardziej miastem to nazywaja, tym bardziej nie badz tam

Ciudad Bolivar powstalo w 1595 roku pod nazwa “Santo toméde Guayana”, zalozone przez Antomio de Berrios. W 1764 roku zostalo ostatecznie usytuowane nad brzegiem Orinoco. W roku 1846 zmieniono nazwe na Ciudad Bolivar. W roku 2010 liczylo sobie blisko pol miliona mieszkancow i raz, na jeden jedyny dzien w swojej historii 5 lipca 2009 roku zostalo stolica Wenezueli. z powodu jakis dziwnych obchodow. Bolivar lezy nad rzeka Orinoco, nad jej jednym z wezszych fragmentow liczacym sobie – bagatelka – 800 metrow. Z racji tego ze jest to tak waski wybudowano przesliczny most, z reszta pierwszy most na tej rzece (sam most z kolei liczy sobie okolo 1700 m dlugosci o ile dobrze pamietam). To w Ciudad Bolivar Simon Bolivar dokonal slynnego przegrupowania swoich wojsk, zwolal Zgromadzenie Narodowe i wyglosil slynne przemowienie o Zjednoczonej Federacji Ameryki Poludniowej.

Hugo Chavez jaki jest taki jest – a wiemy o tym wszyscy, ktorzy choc troche interesujemy sie polityka miedzynarodowa. Jest jednym z najbardziej zadziwiajacych przywodcow na swiecie. Zrobil wiele ciekawych rzeczy – zalozyl tysiace szkol boliviarianskich (niby idea fajna, ale niestety malo z tych szkol funkcjonuje), wprowadzil bony na obiady, dodal jedna gwiazdke na fladze, zaprzyjaznil sie z Fidelem Castro, sprowadzil do Wenezueli lekarzy z Kuby ktorzy, wg opinii Wenezyelczykow lecza krwia z kozla (wspominalam juz o wyznawcach kubanskiej Santerii, prawda??), zmienil kierunek biegu konia z herbu tak by biegl on w lewo a nie w prawo (tak, jak najbardziej ma to podloze polityczno- ideologiczne), pozbyl sie kraju Fanty i Red Bulla (a Coca Cola ma bardzo specyficzny smak i nie wierze, ze jeszcze gdzies smakuje tak jak Wenezueli, to nie zart), wystawil w wenezuelskim Panteonie flage Kuby, dodal pol godziny do roznicy czasowej miedzy naszym czasem a czasem wenezuelskim … taaaa. To naprawde wszystko sa fakty. Ale przede wszystkim Hugo Chavez wprowadzil wszechobecny kult Simona Bolivara – wyzwoliciela. O samym Bolivarze mozna poczytac tu:http://pl.wikipedia.org/wiki/Sim%C3%B3n_Bol%C3%ADvar Od 1999 roku Wenezuela nie jest juz Wenezuela, ale Boliwarianska Republika Wenezueli (tak, tego tez dokonal Hugo Chavez), w kazdym miescie, nawet najmniejszym jest pomnik Bolivara (nawet w Mochimie, ktora jest naprawde malutka), 75 % (tak na moje oko) pieknego graffiti w Caracas to graffiti z Bolivarem albo o Bolivarze (reszta to pochwala socjalismu Chaveza).

wszechobecne bezdomne psy

Dlatego wlasnie tak wazna role w kulcie Simona Bolivara odgrywa miasto Bolivar – miasto w koncu funkcjonujace na czesc Bolivara. W przewodnikach przedstawiane jako kolonijne (odnowiona czesc starowki istotnie jest kolonijna i dobrze zachowana, ale odnowiona czesc starowki to tylko ta wokol budynkow rzadowych), kolorowe, sympatyczne, spokojne, sielankowe wrecz. Moze i takie bylo. Ta. Moze jakies 3 lata temu. Mialam okazje porozmawiac z kilkoma ludzmi mieszkajacymi tam na stale – Paulem – Belgiem (9 lat w Ciudad Bolivar) – pracownikiem posady w ktorej sie zatrzymalam (nota bene – kurcze pokoj z wiatrakiem, oknem i podwojnym lozkiem – 12 eur!!!!!!), powiedzial mi, ze owszem, jakies 2 – 3 lata temu bylo tu calkiem bezpiecznie, a teraz co? A teraz jadac samochodem po ulicy dostal w przednia szybe kamieniem. Gabriela y Enzol – mlodziutkie malzenstwo, ktore ze wzgledow pracowniczych przenioslo sie z Caracas do Ciudad Bolivar – otwarcie mi mowi, ze Ciudad Bolivar jest duzo bardziej niebezpieczne od Caracas. John – Aglik – 11 lat w Ciudad Bolivar – po zmroku nie wychodzi nie wychodzi juz z domu… Przyklady naprawde mozna mnozyc. A ogrod botaniczny tam wcale nie jest taki ladny i zielono – zachecajacy jak na zdjeciach w Wikipedii.

Jedyny widoczny plus – jest czysciej na uliach. Przynajmniej w okolicach budynkow rzadowych.


I jeszcze jedna rzecz – gdyby ktos sie do Ciudad Bolivar wybieral – nie radze korzystac z damskiej toalety (jak z meska nie wiem) – na cztery kabiny wszystkie cztery sedesy zepsute (I brudne), ten jeden co wygladal jakby dzialal (a nie dzialal tak naprawde) nie ma drzwi, umywalki nie dzialaja ale za to jest ogromna, zardzewiala, metalowa beczka wypenionia substancja o kolorze ropy naftowej (ale pani w toalecie uparcie twierdzi, ze to swieza woda) po ktorej unosi sie tlum cial wszelkiego rodzaju robactwa. A za to wszystko trzeba zaplacic 2 boliwary!!!! 2 boliwary niby nic, ale po luksusach w autobusie i naprawde, jakbyscie zobaczyli ta toalete to byscie zrozumieli!, w kazdym razie jak odmowilam zaplacenia owych 2 boliwarow to pani malo sie na mnie nie rzucila z piesciami.

A poza tym to naprawde duzo 2 boliwary za toalete, nawet dzialajaca. 5 bolivarow kosztuje bardzo smaczna i sycaca empanada ( a tak wyglada wenezuelska empanada: http://www.google.pl/imgres?imgurl=http://mujeresdetila.com/wp-content/uploads/2010/08/empanadas-venezolanas.jpg&imgrefurl=http://mujeresdetila.com/tag/las-empanadas-venezolanas&usg=__f38Y2S1074bjqjn2MYxUIk3SPSA=&h=267&w=400&sz=24&hl=es&start=0&zoom=1&tbnid=dYSOruvYRuFXEM:&tbnh=162&tbnw=220&ei=_C6KTYrTG8btOZaJ7cgN&prev=/images%3Fq%3Dempanada%2Bvenezolana%26hl%3Des%26biw%3D1024%26bih%3D677%26gbv%3D2%26tbs%3Disch:1&itbs=1&iact=rc&dur=456&oei=_C6KTYrTG8btOZaJ7cgN&page=1&ndsp=12&ved=1t:429,r:2,s:0&tx=121&ty=93)

No.



Na miejscu zrobilam sobie maly spacer. Chodzilam po ulicach robilam zdjecia i jak sie potem zorientowalam tylko cudem nie stracilam apartow. I obserwowalam ludzi. I co zadziwiajace – widac w nich strach. Chodza i sie rozgadaja, a strach widac w oczach, w ruchach, w spojrzeniu. We wszystkim. A co ciekawe i absurdalne – nie, nie sa smutni ani przerazeni. Sa wrecz weseli i sympatyczni. Tylko sie boja. I to widac.

Skuszona wenezuelskimi ciuchami i promocjami weszlam do jednego ze sklepow przy nadbrzeznym deptaku. Rowno z przekroczeniem przeze mnie progu sklepu zaczelo w odleglosci pol metra lub mniej, doslownie krok w krok chodzic za mna wenezuelskie dziewcze pracujace w sklepie i sprawdzajace czy nie kradne, po kilku rundkach wokol jednej polki caly sklep sie smial, ale dziewcze dzielnie za mna dreptalo. Po 15 minutach jednak zabawa mnie znudzila i wyszlam.

W Boliwarze na ulicach zaskoczyl mnie zmrok. Gdy wychodzilam z posady nic nie wskazywalo na to ze zmrok moze mnie zaskoczyc tak predko. Wraz z zapadnieciem zmroku z ulic znikneli ludzie. Zostaly tylko smieci, bezdomne psy i bezpanskie koty i zboczency, ktorzy jakims cudem w tym mroku dostrzegali kolor moich oczu i zaczeli za mna wolac "hej, piekna brozowooka, potrzebujesz towarzystwa??" i tego typu teksty po angielsku (a naprawde po tym co slonce uczynilo z moja skora w Mochimie daleko mi bylo do atrakcyjnosci). Majac oba aparaty w torbie, gotowke, paszport i patrzac na tych panow zazwyczaj 3 razy wiekszych ode mnie w kazda mozliwa strone, poczulam sie , hmmm, nieco zagrozona. A do Posady droga daleeeka.

przewedrowalam chyba z jedna trzecia Bolivaru (oczywiscie usilujac pojsc na skroty zeby bylo szybciej),zlana potem, z nogami jak z waty, z roztrzesionymi dlonmi, z sercem w przelyku i zoladkiem w pietach, z kazda chwila i kazda ciemna uliczka bardziej przerazona. Z 4 razy potknelam sie na kraweznikach (krawezniku tutaj siegaja mi do kolan, nie klamie i nie przesadzam) az w koncu zobaczylam zapalone swiatlo i otwarte drzwi. Nie na myslajac sie wiele (nie zastanawiajac sie na przyklad na tym, ze czy przypadkiem nie jest to zgromadzenie chytrych psychopatow zboczencow) wparowalam do srodka,

Oczetom moim ukazal sie starszy pan, jego malutki sklepik a w sklepiku lodowka z piwem. Nie to ze moje pragnienie wypicia piwa mnie zwala z nog, bo nie. Kupilam rowniez wode. I chcialam kupic chleb, ale dogadac sie prawie nie szlo i w rezultacie skonczylo sie na zakupie chleba arabskiego i na tym, ze sympatyczny starszy Pan probowal mi wmowic, ze Polsce chleb arabski mozna kupic na kazdym rogu. Pan wiedzial lepiej niz ja, co wiecej wymienil mi kilka krajow z rejonu Europy Centralnej, ktorych nazw jak babcie kocham i jak bardzo uwazalam na lekcjach hiszpanskiego i geografi .-nazwy te slyszalam po raz pierwszy w zyciu. Ale w ramach zgodzenia sie z panem dostalam wnuka do towarzystwa, ktory w ramach eskorty odtransportowal mnie do mojej posady,.

W posadzie na progu powiedzieli, ze mialam oczy wielkoscosci talerzy i ze, nie powinnam byla wychodzic sama wiedzac, ze niedlugo zapadnie zmrok!



w koncu nauczylam sie na tym spac!



doprawy nie wiem jak to sie stalo, ze nie zauwazylam zmroku...



lunes, 14 de marzo de 2011

gdy pierwszy raz zal w serce uderza nie bron sie

Nastepnego dnia boli mnie kazdy centymetr kwadratowy ciala, kazdy pod skorny. Nie ma mowy o nurkowaniu dzis, nie ma opcji na poplyniecie na inna samotna plaze i spedzenie tam calego dnia. Zaczynam wrecz kombinowac jakby tu zrobic tak, zeby nie oddychac, a jednak zyc. Postanawiam jednak mimo bolu przezyc cos ekscytujacego i decyduje sien a samodzielna wycieczke autobusem do Cumany celem zakupu biletow, a jezdzenie malymi podmiejskimi autobusikami wydaje mi sie byc wystarczajaco ekscytujace na poczatek.

Pytam Marie Dolores (pania wlascicielke posady) gdzie gdzie jest przystanek autobusowy i czy ma rozklad jazdy, a Maria Dolores patrzy sie na mnie jak na zjawisko paranormalne. Mruga oczami i wyglada jakby nie zrozumiala pytania. Zatem grzecznie je powtrzam, co u Mariii Dolores wywoluje jeszcze wieksza konsternacje. Okazuje sie, ze nie ma czegos takiego jak przyswtanek autobusowy w Mochimie. Albo tez – Mochima jest jednym wielkim przystankiem autobusowym. Maria Dolores poleca mi po prostu usiasc sobie w jakims landym miejscu i poczekac na autobusik zamachac i wsiasc. Tak, rozkladu jazdy nie ma. Autobusiki jezdza tak jak chca.


Pakuje zatem kilka rzeczy do podrecznego plecaczka i jestem gotowa do drogi, Maria Dolores wladczym tonem mowi mi, ze dla wlasnego bezpieczenstwa mam zostawic paszport i aparat, w sumie, rozsadnie do sprawy podchodzac i biorac pod uwage moje zdolnosci - grzecznie wracam do pokoju i zamieniam paszport na kopie. A aparat owijam w dodatkowa koszulke i chowam z powrotem do plecaczka celem zabrania go ze soba. Ale nie z Maria Dolores takie numery! Dopada mnie przy drzwiach i bez trudu domysla sie co mam w plecaku i ponownie mowi mi, jeszcze bardziej wladczym tonem, zebym zostawila aparat na miejsu. Jeszcze dwa razy probuje ja przechytrzyc, przekladajac apart do torebki i probujac sie wymknac po cichu z posady, ale Maria Dolores za chytra na takie dziecinne proby. Konczy sie zostawieniem duzego aparatu w posadzie a przemyceniem w tylniej kieszeni bojowek malego.

Maria Dolores dokladnie i 3 razy tlumaczy mi gdzie mam wysiac i skad wziac taksowke na dworzec. Zupelnie bez sensu z reszta marnowala swoj czas bo i tak sie pomylilam i ku zadziwieniu kierowcy autobusiku wysiadlam w srodku niczego. Srodek niczego znajduje sie na zakrecie, mozna tam kupic fantastyczna empanade z zajebiscie ostrym sosem (calosc jest kapitalnie dobra), buduja jakas chalupe i wisi plakat Chaveza, mowiacy o tym, ze w socialismie to wies jest nawazniejsza. A chlopcy wolala do mnie jaka to jestem piekna i jaka to bardzo jestem blond. Nie ma co - czuje sie podbudowana.W srodku niczego spedzilam okolo 1,5 godziny uskakujac przez skrecajacymi ciezarowkami i probujac zlapac transport do Cumany. Wlasnie w srodku niczego odkrywam, ze w tym regionie Wenezueli, jezeli w autobusiku nie ma wolnych miejsc siedzacych to autobusik sie nie zatrzyma. Naszczescie w koncu jakis sie zatrzymuje, kule sie miedzy dziewczeciem o najbardziej rozowych paznakciach jakie widzialam i panem o bardzo duzych gabarytach a nogi trzymam na jakis dziwnie pachnacych siatkach. Nie pytam sie co jest srodku, zeby mnie w razie czego nie wysadzili w jakims innym srodku niczego.

W Cumanie pytam sie jakiejs milej pani, czy na dworzec jest daleko, ona odpowiada mi, ze tak, jakies 30 minut. Ochoczo zaczynam zatem maszerowac, bo przeciez najlepiej jest poznac miasto spacerujac po nim. Po kilku sekundach dogania mnie ta Pani i lapie za ramie (bolalo!) i mowi, zebym w zadnym razie nie szla tych 30 minut na piechote, bo nigdzie nie dojde, wliczajac w “nigdzie” rowniez cmentarz, bo mnie pobija, zgwalca etc etc. Daje sie grzecznie wprowadzic do kolejnego autobusiku, Pan Kierowca sie usmiecha, ja sie usmiecham, wszyscy sie usmiechaja, nie mam bladego pojecia gdzie jestem, a autobusik jest w takim stanie, ze widze jak srubki wychodza ze scian i generalnie jest bardzo fajnie. Cumana rowniez nadmiarem przystankow nie grzeszy, ale wystarczy zawolac radosnie do Pana Kierowcy lub jego asystenta (W kazdym autobusiku jest zawsze Pan Kierowca i jego asystent) “przystanek poprosze” i autobusik sie zatrzymuje. Cala soba walcze z sama soba zeby nie sprawdzac co 3 minuty czy to naprawde dziala.


to zielone w tle to autobus miejski

Bog jeden wie jakim cudem bezpiecznie kupuje bilet i wracam na obrzeza miasta, gdzie spodziewam sie znalesc atobusik do Mochimy. Znajduje 5 autobusikow do Santa Fe, ale do Mochimy zadnego. Po jakims czasie jacys dobrzy ludzie tlumacza mi, ze musze jeszcze przejsc jakies 500 m na przystanek. Przechodze 1000 metrow przystanku nie znajduje, az w koncu jakas pani za raczke zaprowadza mnie na samotna laweczke i kaze na niej czekac. Juz kumam i mowie “aa przystanek” , pani potwierdz, ze “si, przystanek”.

Plus jezdzenia takim autobusikiem jest zdecydowanie taki, ze jest sie w nim calkowita sensacja, leci fajna muzyka (polaczenie reggetonu z merenge), srubki sie trzesa i przejezdza sie przez wszystkie okoliczne wsie. A kazda z wsi polozona jest w srodku parku naturanego. A w kazdy wsi jest szkola boliwarianska (lub nie mal w kazdej). I ludzie machaja. I mozna podejrzec jak zyja. I na pierwszy rzut oka wyglada to sielankowo (a juz na pewno w porownaniu z Cumana, ktora, tak jak i Caracas jest brzydka, brudna, zasmiecona i niebezpieczna).




Jak dojezdzam do Mochimy okazuje sie, ze Maria Dolores juz zdazyla niemal dostac niemal 3 zawalow i niemal atakow serca, poniewaz tak dlugo mnie nie bylo. Korzystajac z radosci jaka wywolal moj widok, zabieram drugi aparat i udaje sie na maly obchod po samej Mochimie. I po raz kolejny stwierdzam, ze to miejscie to na pewno poczatek raju i szkoda , ze jestem tu tylko 2 dni (chodz moja skora jest innego zdania). Z argentynkim malzenstwem i dwoma mlodymi Argentynczykami jemy kolacje (a kuuuuuuuuuuurczak na talerzu jest taaaaaaaaaaaaaaaaaaaki duzy i takieeeeeeeeeeeeeeeeee 2 arepy do niego). W Mochimie czuje sie jak w malej komunie/ spolecznisci hipisowskiej i celem udowodnienia tego zapominam ze soba portfela i nie mam czym zaplacic za kolacje, naszczescie argentynscy chlopcy sa na tyle mili, ze ofiaruja sie, ze zaplaca za mnie.




Jest tu rowniez duzo bezpanskich (albo wielopanskich) psow, ale wszystkie sa niesamowicie mile i przyjazne i towarzyskie.


A wieczorem Paco, maz Marii Dolores zawozi nas wszystkim na dworzec – chlopcy do Caracas ja do Ciudad Bolivar. Smutno bardzo opuszczac Mochime, zwlaszcza, za ten niczym nie ograniczony spokoj jaki czulo sie w calym miasteczku. Za piekno. Za zwierzatka (nawet to jedno w pokoju), za jedzenie, za bezdomne, ale jakze sympatyczne pieski etc etc etc. Opuszczam Mochime z poczuciem, ze zdecydowanie za malo czasu tam spedzialam, ale z drugiej strony – czekaja nowe miejsca i nowe przygody. Jedna rozpoczyna sie juz w autobusie, gdzie indywiduum, ktore rzucilo mi sie w oczy tuz po przyjezdzie. Tym razem induwiduum wykloca sie z kierowca (oczywiscie bez znaomosci hiszpanskiego)o to, ze jego plecak (wielkosci calej mnie) jest podreczny. Kierowca twierdzi, ze nie, Indywiduum tiwerdzi, ze tak. Po 20 minutach Kierowca i 3 gwardzstow z bronia twierdza, ze nie, a Indywidum dzielnie twierdzi, ze tak. Po jakis 30 minutach gwardzisci zauwazaja ze nie posiadam urody typowej dla Wenezuelskich kobiet i moze znam jeszcze jakis inny jezyk i moze moglabym wyjasnic Indywiduum, ze nie powinien wchodzic z tym plecakiem do autonbusu. Probuje po angielsku, a Indywiduum sie cieszy jak dziecko, ze w koncu jakis jezyk ktorym umie sie poslugiwac. Jednakze, kiedy tlumacze, ze musi zostawic plecak w bagazniku, jakims cudownym sposobem, Indywiduum nagle pozbywa sie ze swojego mozgu znajomosci angielksiego. Mimo, ze jest Rosjaninem nie rozumie nawet pol slowa po polsku. Po godzinie gwardzista delikatnie glaszczac bron prosi mnie abym po raz ostatni przetlumaczyla Indywiduum na wszystkie jezyki ktore znam o co chodzi. Konczy sie to tym, ze Indywiduum zaczyna wkladac na siebie wszystkie ubrania, ktore ma w plecaku, wyciaga wsyzstkie rzeczy z niego I sam plecak oddaje do bagaznika a ja mam ochote go skopac. Tak samo jak I z reszta reszta autobusu. Miedzy innymi za wrzaski, ale chyba jednak za ponad godzine opoznienia. Nie wiem, moze ja jestem przeczulona, ale nie znosze takiego kompletnego braku respektu w miejscu, gdzie przeciez ani ja ani on nie jestesmy u siebie. I chociazby z tego powodu (jak i rowniez z powodu niemal wszechobecnych w miejscach publicznych gwardzistow z bronia palna) powinnismy to uszanowac.

Bogu dzieki w Ciudad Bolivar nie ma wiekszego znaczenia czy przyjezdzam o 4 czy o 5 rano bo i tam wszyscy spia i spedzam 15 minut patrzac jak pan taksowkach nie zdejmuje palca z dzwonka przy wejsciu do posady. 15 minut.

martes, 1 de marzo de 2011

Alli, donde empieza paraiso

Tam gdzie zaczyna sie raj...

Swidrujacy bol glowy, zwany potocznie kacem, po zeszlo-czwartkowym “malym” piwku z Xavim Wladca Dziwnych Slowek, przeszedl mi dopiero w piatek bardzo poznym wieczorem. Wrecz mozna powiedziec, ze w sobote, a najgorsze bylo to, ze caly piatek wygladalam jak wampiryczna bohaterka mlodziezowych seriali, a pracowac trzeba bylo! Zniechecilo mnie to skutecznie to wszelskich intelektualnych wyzwan na tydzien i dlatego dopiero teraz powracam do bloga. Juz zyje, juz dycham juz wiecej piwa z Xavim Wladca Dziwnych Slowek w tygodniu zazywac nie bede (hehehehe, tak tak – tez juz to widze).

Zatem z Caracas udalam sie luksusowym nocnym autobusem do Cumany. Mowiac “luksusowy” naprawde nie zartuje. Autobusy DLUGODYSTANSOWE sa na duzo wyzszym poziomie luksusu niz bardzo luksusowe autobusy dlugodystansowe w Eurpie. Jedyne co, ale to czytalam, ze cala Ameryka Poludniowa tak ma – jak kierowca Wenezuelski dostaje klimatyzacje dostaje tez swira w zestawie z klimatyzacja (taka mala metafora- chodzi o to, ze wariuje) i nastawia ja na takie zimno, ze najlepiej sie zaopatrzyc w cieple skarpety, dlugie spodnie, porzadny polar i spiwor i isc spac. A spi sie cudownie!

Gabi ustalil z wlascicielami posady, ze zadzwonie do nich jedna stacje przed dojazdem do Cumany, tak, aby mnie mogli spokonie z Cumany odebrac. Niestety jak juz sie zawinelam w spiwor i zasnelam to obudzil mnie dopiero przedostatni pasazer w Cumanie (ostatnim bylam ja).

W Cumanie bylismy tak wczesnie (mowilam juz, ze autobusy dlugodystansowe sa zajebiste???), ze slonca jeszcze nie bylo widac. Widac, za to bylo bardzo wyraznie ogromnie ilosci bezdomnych psow (na szczescie bardzo przyjaznie nastawionych) i chetnych do pozwiezienia mnie gdziekolwiek sobie zazycze taksowkarzy(nawet gdybym bardzo chicala, to nic by z tego nie wyszlo, bo do posady, bardzo inteligentnie zapisalam tylko telefon). Rzuca mi sie rowniez w oczy bardzo dziwny osobnik, ktory wygladaja jak skrzyzowanie czeskiego pilkarza od Kazika (krotko z przodu, dlugo z tylu i wasy na przedzie) z krolikiem – pod wasami imponujaco wygladajace nawet mimo zamknietych ust - 2 zeby. Osobnika spotkalam jeszcze 2 dni pozniej jak przez ponad godzine opoznial moj transport z Cumany do Bolivaru udajac ze nic nie rozumie i przyprawiajac mnie o tak wysoki poziom empatii ze mialam ochote go wykopac sama z autobusu by wyreczyc gwardzistow.

W kazdym razie ani dworzec autobusowy ani okolice nie zachecaja do dluzszego przebywania staram sie zatem znalesc jakis telefon i zadzwonic do posady by po mnei przyjechali. W pierwszym barze siec w telefonie nie chce sie naladowac, w drugim rowniez, a takze w trzecim sie temu sprzeciwia. Nie za bardzo wiem o co chodzi, bo ani nie jestem na koncu swiata ani nie sa telefony komorkowe, ale akceptuje zaistniala sytuacje i chytrze znajduje mlodego milego Wenezuelczyka obdarzonego telefonem komorkowym, z ktorego zawiadamiam posade ze juz jestem. Po krotkiej konsternacji pan wlasciciel posady prosi bym grzecznie usiadla sobie na laweczce i na niego poczeka 20 minut w przeciagu, ktorych on mnie odbierze. 20 minut trwa prawie 60, ale za to wszystkie psy sa moimi przyjaciolmi, bo taksowkarze po jakims czasie w koncu traca zainteresowanie moja osoba.


Paco moglby mnie wywiesc gdziekowiek i nawet bym sie nie zorientowala, poniewaz nie pomyslalam, o tym, zeby sprawdzic na mapie gdzie dokladniej jade. A okazalo sie, ze jade do pieknego miejsca jakim jest Parque Naturaleza de Mochima i smialo mozna powiedziec, ze to wlasnie tam zaczyna sie raj. Jedzie sie szosa przez las i niby nic nie moglabym powiedziec niezwyklego o okolicy (poza tym, ze jest pieknie tak jechac sobie przez zadzunglone gory) gdybym nagle po prawej stronie nie dostrzegla czegos czego nie potrafilam okreslic slowami, ale wygladalo to tak jakby ktos wyrwal w srodku dzunli droge o szerokosci 2- 3 autostrad y zrobil tam taka “sciezynke” dla crossowcow. Z zaciekawieniem spytalam sie wiec Paco czy Wenezuela zaczela inwestowac w sporty ekstremalne, ale okazalo sie, ze nie. Ze to “tylko” rurociag Chavez sobie zazyczyl jakis czas temu. Taka ciekawostka krajobrazowo- pejzazowa.


Do samego parku Mochima skreca sie z szosy w prawo w malutka pelna skretow droge. Wczesniej szosa zamienia sie w szoske pelna ciezarowek. Nie wiem jak sie mijaja i wymijaja i wyprzedzaja, bo caly ten fragment mialam zamkniete oczy z przerazenia. Nigdy nie mialam takiego natezenia mysli, na temat tego ze dany dzien / moment moze byc moim ostatnim jak pod czas wycieczki do Wenezueli. Otwieram oczy gdy zgarniamy po drodze 2 malych chlopcow, ciezarowek juz nie ma, ale za to Paco prowadzi tak, ze wraz z pierwszym zakretem z powrotem zamykam oczy. Po jakims czasie jednak intuicja mi podpowiada, zeby oczy otworzyc – i intuicja sie nie myli:




Zdjecia tego nie oddadza w zadnym razie. Ale wjezdzajac do Mochimy – wjezdza sie do raju. Mochima to malutka wioska w samym srodku Parku Naturalnego. NIe ma wlasnych plaz, ale ma malutki porcik z malutkimi lodeczkami. Do 95 % plaz w parku mozna sie dostac wlasnie takimi lodeczkami. Mochima ma kilka posad, 2 restauracje, 1 bar, 2 sklepy, cmentarz, szkole i osdrodek naukowy (a przynajmniej tak to nazywaja). Ach, i jeden sklepik z pamiatkami. Wlasciwie to nawet wedlug mieszkancow Mochimy, Mochima nie jest ani miasteczkiem ani wioska, ale wspolnota mieszkancow, komuna hipisowka niemal. Do Mochimy dojezdza autobus z Cumany o jezdzi jak chce. Trzeba wyjsc na rynek i cierpliwie czekac. Za Mochima juz nie ma nic. Jest chatka lesna wygladajaca jak zywcem wyjeta z “niewolnicy Isaury” i dalej nie ma juz nic. Roznica w statusie spolecznym miedzy mieszkancami Caracas i Mochimy rzuca sie w oczy – w porownaniu z Caracas w Mochimie zyje sie dobrze. Naprawde dobrze. W zaden sposob nie przesadzam. A poza tym w Mochimie jest po prostu bezpiecznie.

O 9 rano juz czeka mnie atrakcja w postaci “spaceru z delfinami”. Ale wczesniej wchodze do swojego pokoju, w ktorym niestety klimatyzacja byla wlaczona i potrzebowalam polaru i koca zeby ten ziab przetrzymac. Do lodki zapakowalismy sie w 4 osoby: argentynskie malzenstwo, pan przewodnik i ja, no i 2 lodowki z zimnym piciem. Plywalismy jakies 2 czy 3 godziny miedzy przepieknymi polwyspami, wysepkami, podziwialimy dzikie plaze, male osady (3- 4 rodzinne) rybackie, pojedyczne domki rybackie, skalki, gorki, pagorki, skaleczki, jaskinie I mnostwo fajnych zwierzatek.






ta gora nazywa sie Gora Zolwia, ciekawe dlaczego





Po jakis trzech godzinach (kiedy to juz od godziny zdawalismy sobie sprawe, ze pan przewoznik nie ma bladego pojecia gdzie sie podzialy delfiny i kiedy to juz prawie stracilismy nadzieje na zobaczenie ich i kiedy to juz lod w przenosnych lodowkach prawie sie roztopil) zobaczylismy w oddali radosnie pluskajace sie delfiny!! Na wolnosci!! Pierwszy raz w zyciu widzialam delfiny! I to w dadtku na wolnosci! Pan przewodni oddetchnal glosno z ulga i powiedzial cos w stylu “nareszcie, k…a, j..e” i na wylaczonym silniki probowal do nich sila pradu podplynac. Niestety niewiadomo skad zjawily sie jeszcze dwie albo trzy lodki na wlaczonych silnikach i delfinki sploszyly. Ale co moje to widzialam i jak nie zapomne to po powrocie do domu zapodam filmik. Poniewaz w tym zdjeciu chodzi o to, ze gdzies tak po srodku, jak sie mocno wejrzec to widac delfini ogon:


W zaistnialej sytuacji pan przewoznik stwierdza, ze w tym ukladzie pupal z ogladania delfinow i on nas zawozi na plaze a potem nas odbiera. Pan przewodnik wybiera droge przez najwiekszy fale, wszystko skacze, lacznie z Laura i ze mna – ale my skaczemy na ratunek lodowkom, bo stracic zimne piwo w taki upal to klopot. Z racji tego, ze luty w Wenezueli trudno nazwac szczytem sezonu plaze sa niemal puste. Jem na sniadanie arepe (zapoznaje teraz wszystkich z lokalna kuchnia ktora jest zajbiscie sycaca: to jest arepa: http://www.moonmentum.com/blog/wp-content/uploads/2010/01/arepa-2.bmp). I oddaje sie totalnemu i permamentnemu relaksowi na sloncu. Po 40 minutach mimo ciaglego smarowania sie kremem z wysokim filtrem jestem tak czerwona, ze nie moge sie ruszac. Mimo bolu zaczynam sie przemieszczac wraz cieniem. Nic to nie daje, poniewaz o 16:00 mam juz zawroty glowy, jestem bliska omdlenia i nie moge za bardzo sie ruszac.Mialam w planie isc do osrodka nurkowego zeby umowic se na nurkowanie dnia nastepnego, ale w lodce padam na pysk (doslownie) i ograniczam plany do wycieczki do wlasnego lozka. Pan przewodnik usiluje mi wyjasnic gdzie mam sie udac do centrum nurkowego, ale nie jetem w stanie go sluchac mimo szczerych checi wiec nazywa mnie “presumida Polaca” (zarozumiala Polka) wiec ostatkiem wlasnej osobowosic mu tlumacze ze nie zarozumiala, ale z udarem, a roznica jest zasadnicza. Jestem tak spalona, ze nie jestem w stanie sie wykapac, bo nawet dotyk zimnej / cieplej/ letniej wody przyprawia mnie o lzy bolu. Mowie wiec sama do siebie – dobrze zdrzemne sie chwile, godzinke najwyzej, potem wykapie a potem pojde zalatwic nurkowanie.Drzemke koncze o godzinie 22, z ciekawosci sprawdzam czy nie mam lekkiej gorazki gdyz troche niepewnie sie czuje. Okazuje sie ze mam lekka goraczke, jakies 39, 4. I co zadziwiajace nie czuje glodu ( a oprocz arepy nic nie jadlam), jedyne co czuje to okrpny bol skory. I po raz nie wiem ktory zastanawiam sie czy to aby nie byl moj ostatni dzien, ale przynajmniej miejsce jest zajebiste i to na pewno tutaj zaczyna sie raj. Niewazne, ze przyplacilam to ciezkim poparzeniem slonecznym (drogie dzieci, jezeli ktos sie wybiera w te regiony, filtr o numerze 30 jest zdecydowanie NIEWYSTARCZAJACY, nawet jak spedzacie niemal caly czas w cieniu i smarujecie sie z czestotliwoscia co 30 minut) i niemal udarem sloneznym. Raj to raj.



playa Blanca, o tej porze roku prawie bez ludzi



w dwoch powyzszych zdjeciach chodzi o to, ze sa na nich kraby. Jak sie bardziej wejrzec to mozna je dostrzec. Boje sie krabow wiec nie podeszlam blizej.