miércoles, 8 de diciembre de 2010

TO DOPIERO BYLA NIBYLANDIA!!!!

Sam srodek (mam nadzieje, ze nie ma nic jeszcze bardziej srodkowego) Krainy Absurdu - wlasnie tam spedzialam ostatni weekend. W pewnym momencie nie wiedziac juz co robic, po prostu usiadlam i sie smialam. Byla to reakcja absurdalna, rownie absurdalna jak i srodek absurdu w ktorym sie znalazlam. Z noga, ktora zostala uderzona samochodem a potem stolem a potem jeszcze na niej tanczono, z posiniaczona reka, z obolalymi bebenkami usznymi, zaczelam rozwazac co lepsze - to co przezylam, czy ryzyko zaprzyjaznienia sie z S. tu na miejscu. ? Ale przeciez ze wszystkiego powinnismy wyciagnac lekcje. Ja z tego weekendu wyciagnelam przede wszystkim jedna - nigdy nie ufac mezczyznie, ktory robi sobie lepszy makijaz niz ja.


W piatek po poludniu, nie czekajac nawet na koniec pracy, by nie ryzykowac kolejnej szanszy na zaprzyjaznienie sie z S. o godzinie 17:55 wsiadlam w pociag do Walencji. Naprawde lubie jezdzic pociagami po Hiszpanii, sa wygodnie, z klimatyzacja, drzwi wystarczy tylko dotknac by sie otworzyly a mila pani rozdaje sluchawki i puszczaja filmy na dvd. I jak sie od razu kupuje bilet na powrot to jest o polowe taniej. Nim sie zorientowalam juz bylam na miejscu. Z dworca, lekko spozniony, odebral mnie moj host - G., po geltemensku wzial moj plecak i ruszylismy na nocny podboj miasta. Przemierzalismy zabytkowa dzielnice Carme celem znalezienia taniej jadlodajni zebym sie najadla a potem taniego baru zebym sie napila. I tak przypadkiem trafilismy na mala pizzerie. Mala naprawde - dwa stoliki i to tak umieszczone, ze trudno bylo drzwi otworzyc. Pîzzeria prowadzona przez Chilijczykow - piatka na zapleczu i najwiekszy hardcore za barem. Na zdjeciu wyglada lagodnie, ale to hardcore - z sygnetami z czaszkami na palcach, z rurami zamiast kolczykow w uszach i generalnie rzucalo po oczach ze fanem Arki Noego raczej by nie zostal i nie zdziwilabym sie gdyby na torsie mial wytatuowana wielka naga pania. Z reszta mielismy okazje niejednokrotnie spotkac go jeszcze - raz o 3 rano wychodzac z baru stwierdzialam, ze jestem glodna i nagle zjawil sie zza rogu Angel z pizza.Ale pizze jakie oferowal!!! Jej pizze byly po prostu niesamowite! W zyciu nie jadlam takich pizzy. No i nauczylam sie ze istnieje cos takiego jak "chilijski hot dog" I czym sie on rozni od kazdego innego hotdoga tez sie nauczylam.





Nastepnie udalismy sie na podboj kolejnych knajp, w jednej z nich poznalismy Barbare z Austrii, ktora przyczepila sie / przytulila sie do nas az do konca nocy. W koncu znalezlismy sie w barze, ktory nie pamietam jak sie nazywa i srednio na jeza pamietam jak do niego dojsc, ale ktory zostal zdecydowanie moim uluionym barem w Walencji. Barmani niesamowici, muzyka na plus i klimat ktory uwielbiam. Bar zamykali o 2 rano i zamkneli nas razem ze soba w srodku. Barman Rafa calkowicie podbil moje serce - swoim sposobem bycia i poczuciem humoru, tym ,ze spedzil duzo czasu w Wenezueli i dal mi wiele ciekawych rad (szkoda, ze ich nie spisalam, bo to mogloby je uratowac przed przepadnieciem z mojego mozgu) i co najwaziejsze - za kazdy usmiech dawal mi butelke piwa gratis. Siedzialam wiec, relaksowalam sie i grzecznie sie usmiechalam prawie dostajac szczekoscisku. Po dobrych kilku usmiechach bylam juz tak zrelaksowana, ze niemal fruwalam. Po wizycie w toalecie doszlam do wniosku, ze albo mieszkancy Walencji sa wyjatkowo glupi albo ich odwiedzaja wyjatkowo glupi turysci, skoro umieszczaja az takie instrukcje na drzwiach:


cerrado znaczy zamkniete, abierto - otwarte

nausmiechalam sie jak chyba przez cale zycie sie nie usmiechalam. No dobra, jam to wyusmiechala, ale nie tylko jam wypila ;)

ten pan wykazal sie jedna z najbardziej pozytywnych reakcji na moj usmiech i slowo "salud" z jakimi sie spotkalam


Celem unikniecie znalezienia sie w zagieciu czaso - przestrzennym ("wracamy do domu jeszcze nocnym czy juz dziennym i gdzie jest przystanek i gdzie jest dom") wrocilismy do domu jak ostatnie burzuje taksowka (ktore w Walencji sa o wiele tanszcze niz w innych miejscach w hiszpanii w ktorych ich uzywalam). Reszte nocy /dnia spedzilismy lezac na lozku i gadajac. Osiagajac wyzszy stopien wtajemniczenia w relaksowaniu sie nawet nie zauwazylam gdy zasnelam. G. twierdzi, ze on nie, ale jestem pewna ze on rowniez osiagnal wyzszy poziom relaksacji. W kazdym razie nastepnego dnia budzimy sie o poranku o 13:00., bol rozsadza nam czaszki ( a przynajmniej mi)a wspolokator i jego dziewcze widzac, ze spalismy w jednym pokoju i jeszcze nie zniknelam i w dodatku zostaje dochodza chyba do wniosku, ze jestem conajmnije przyszla zona G. i tak mnie zaczynaja traktowac. Jak z reszta wszyscy. A to dopiero poczatek absurdu. To jest tez ostatni raz gdy widzialam G. spiacego az do poniedzialku wieczor.

G. nie wie nic o swoim miescie, na kazde moje pytanie " a co to za budynek?" odpowiada "nie wiem", albo "nie wiem" lub "sprawdz na tym wydruku z wikipedii co go masz", obiecuje mi zatem spacer po miescie, ze swoja kolezanka - nie dosc ze archeolog to jeszcze zakochana w swoim miescie. Niestety jej wiedza ogranicza sie do znajomosci kilku nazw i kilku podstawowych faktow (no dobra, od samego poczatku mi sie nie spodobala), ale nie marudze, po pierwsze - wtedy jeszcze przyjaciele G. sa tez moimi przyjaciolmi, a po drugie - od zdobywania wiedzy mam przeciez google i moglam z nich wczesniej intensywnie skorzystac. Po trzecie to wina Jaime, ktory za bardzo mnie rozpiescil intelektualnie oprowadzajac po Barcelonie, a po czwarte to chyba za duzo wymagam etc etc. Dziewcze oglednie mowiac nie zamienia ze mna duzo slow, w przeciwienstwie do zamieniania ich z G. , generalnie wpatruje sie w G. jak w obrazek swiety tudziez jakby naprawde byl bardzo przystojny, a wzrok ktorym obdarza mnie , trudno mi jakos opisac, ale na pewno nie jest to wzrok o nazwie "Witaj w Walencji, Olu, ciesze sie ze tu jestes".
.








Po spacerze i obejrzeniu chyba wszystkich kosciolow w Walencji, wizycie w barze i zfundowaniu Oli - MISTELI - lokalnego wina,


oraz wykonaniu jeszcze kilku zupelnie bezsensownych czynnosci udajemy sie do domu Pani archeolog na kolacje i mala imprezke. Generalnie chcialabym nadmiec, ze w Hiszpanii palenie ziola czy haszu jest rzecza calkowicie normalna. Ja - nie palaca niczego wywoluje na kazdej imprezie sensacje niemal jak ufo. Nie przeszkadza mi palenie przy mnie, jedyne co mi przeszkadza, to ludzie na sile namawiajacy mnie do czegos na co nie mam ochoty. Na szczescie w Walencji nikt mnie do niczego nie namawial, jedynie non stop wywolywalam sensacje w czystej formie sensacji. Nie trudno sie zatem domyslic, co palono na nasiadowce.




G. - wladca metra


Potem oczywiscie udalismy sie w podboj miasta noca, 90 % towarzystwa po jednym barze sie wykruszyla(tutejsi archeolodzy i geolodzy nie dorastaja nam do piet). Stalismy i podejmowalismy decyzje gdzie udacsie dalej gdy nagle poczualm dosc silne uderzenie w noge. Lewa. Krzyknelam, zachwialam sie, prawie wywrocilam (na szczescie M. mnie zlapal ) i odwrocilam zeby zobaczyc co sie stalo i...okazalo sie ze dostalam taksowka!! Pan taksowkarz w glebokim powazaniu mial roznice mieszy ulica i chodnikiem jak i rowniez ludzmi na chodniku i zapewne z tego wlasnie powodu postanowil wjechac we mnie. Krzycze zatem do G. i jego kolegow "hej, uderzyl mnie taksowka!!!", majac na mysli "boli, pomoz mi, usiasc albo cokolwiek, bo boli". Panowie jednak uznaja, ze skoro krzycze to trzeba krzyczec i rzucaja sie krzyczec na taksowkarza, po czym po jakis 15 minutach stiwerdzaja, ze juz wystarczy i mozemy isc do kolejnego baru. Niestety uniemozliwiam im ta wycieczke, ale to nie moja wina, bo jeszcze zanim podjeli decyzje zaczelam plakac z bolu. Po kilku minutach jednak i sprawdzeniu czy wszystko jest ok uspakajam sie troche i pozwalam sie dokustykac do baru z zastrzezeniem ze strony G. i M., ze jak bedzie cos nie tak natychmiast udamy sie na ostry dyzur.


G. wladca schodow ruchomych
W barze jeden z kolegow G. irytuje mnie niesamowicie (wlasnie wtedy skonczyla sie impreza pod tytulem "przyjaciele G. sa moimi przyjaciolmi"), a drugi dba o mnie jak o ksiezniczke proponujac z czestotliwoscia co 3 minuty odwiezienie na ostry dyzur. Pierwszy rzuca sie na wszystkie strony, krzyczy i zna 2 slowa po polsku, oczywisice sa to przeklenstwa i caly czas je wykrzykuje checia chyba zaimponowania mi. Ani mi to imponuje, ani potrzebje duzo czasu zeby domyslic sie dlaczego cierpi na zdecydowany nadmiar energii (naprawde zdecydowany) - wystarczy spojrzec w zrenice, choc wolalabym tego nie wiedziec. A jak mi sie juz naprawde ktos nie podoba to zazwyczaj zle sie to konczy. Nadmiar energii u kolegi G. skonczyl sie wywroceniem stolu i jego zawartosci prosto na moja noge, 40 minut wczesniej uderzona przez taksowke. Zanim krzykne juz placze.I jednoczesnie decyduje ze to juz koniec imprezy na dzis.Lapie zatem taksowke i jade do domu, mowiac G., ze ja juz odpadam na dzis po drodze jeszcze tlumaczac M. ze szybciej bedzie jak zlapie taksi tutaj niz szukac jego auta zeby mnie odwiozl (juz - byla 4 rano!) zanim G. odpowiada ja juz jade, dostaje tylko smsa ze szybko wroci do domu.

G. wladca bardzo ladnych drzwi


Jego szybko = 13:00 dnia nastepnego. O tej porze chcialam sie jeszcze troche zdrzemnac (noga caly czas bolala), ale zostalam wyrwana z lozka i zaciagnieta do "super baru" na sniadanie.W ramach przeprosin za kolege pod wplywem, i gdyby dalo sie w ramach przeprosin za to co sie wydarzy to tez. Zaciagano mnie w trzy osoby: pelen skruchy G., jego wspolokator V. y jegoz dziewcze S. - obydwoje nadal traktujacy mnie jak przyszla zone G.- tak zdeterminowanemu tlumowi oprzec sie nie da. Bar okazal sie byc naprawde super, a co najwazniejsze - zamawialo sie picie i dostawalo tapas gratis. Po raz kolejny wywolalam szok, tym razem zamawiajac niemal tylko i wylacznie coca cole. Piwo kosztowalo 1.3 eur i bylo tansze od coca coli i nie jestem pewna czy tez nie od wody wiec nie trudno zgadnac co zamawiano najczesciej ;) Nie dziwia tez dosc szybko osiagniete skutki:


Probowano rowniez we mnie wlac miejscowy bimber, ale sam zapach odrzucil mnie pod sciane.



Wieczor minal nam na swawolach i tancach w domu. To znaczy wszystkim minal, mi nie, bo bolala mnie noga wiec zostalam usadowiona na kanapie i dano mi butelke i szklanke - wiedzac, ze z innych " sprzetow rozrywkowych" nie skorzystam i czulam sie bardzo dobrze wewnetrznie. Co i rusz tylko wzbudzalam po raz kolejny sensacje mowiac " nie dziekuje". W pewnym momencie S. bedac przekonana iz zle sie bawie skoczyla na kanape by dla mnie zatanczyc. Zatanczyla. Na mojej nodze. Tak tej od taksowki i stolu. Zrobilam to co mi w zwiazku z ta nieszczesna noga wychodzi najlepiej - rozplakalam sie. Chyba jednak tym razem wiecej bylo w tym paniki niz bolu, bo dosc szybko mi to przeszlo.
Odwiedzil nas rowniez Iggy Pop w dosc obciachowym szlafroku (ale o gustach przeciez sie nie dyskutuje)
:




Generalnie plan jest zostac w domu na noc. Okolo 2 rano sie on zmienia i zawijamy sie do klubu. Nie jestem dzieckiem transu, naprawde. Az do bolu nie jestem dzieckiem transu. Grzecznie wiec siadam blisko baru i zamawiam piwo wmawiajac sobie "wytrwasz. Wytrwasz do 6 rano. O 6 rano tancbude zamykaja. Wytrwasz". Non stop ktos ze mna rozmawia. Non stop ktos mnie wyciaga na parkiet nie rozumiejac "boli mnie noga nie chce tanczyc". Zdesperowana w koncu uciekam na parkiet schronic sie przy G. i reszcie. Nikt mnie juz nie nagabuje poniewaz, G. pilnuje zeby nikt mnie nie nagabywal, nie potracal etc. W pewnym momencie czuje jednak przerazliwy bol w prawym ramieniu. Przerazliwy. Wydobywam z siebie przerazajacy jek i zaczynam plakac (tak, po poprzednich razach mam w tym calkiem niezla wprawe) G. przerazony nie wie co sie dzieje, tak jak i wszyscy w promieniu 3 metrow. Przytula mnie i probuje otrzec lzy pytajac co sie stalo.Co sie okazalo ? To S. tak okazauje sympatie - podrygazajac ludzi. Normalnie to nie boli, ale tym razem ktos ja potracil i zabolalo. Jak s....n. Wyraz sympatii mam caly czas na ramieniu, jest opuchniety i kolorowy i wcale nie wyglada jak w CSI Miami. Ani troche. Jest tak kolorowy, ze kolory nawet widac przez jasna koszule. O 6:00 rano o dziwo klubu nie zamkneli, ale za to podglosnili muzyke. Stojac na srodku parkietu, zatykalam uszy (bo one tez juz mnie zaczely bolec, przeciez mowilam, ze nie jestem dzieckiem transu) i patrzylam rozpaczliwie na G. Na szczescie G. rozumie mnie bez slow i wyprowadza z klubu, wola taksowke i mowi, ze klub zamykaja o 8 wiec krotko potem beda w domu. V. i S. potwierdzaja. O 9:30 sie budze - dom pusty, o 11:30 budzi mnie deszcz - dom pusty, o 13:00 budzi mnie muzyka ustawiona na full i niestety jest to trans - mysle, ze to po prostu mi sie sni i chce spac dalej. O 13:10 okazauje sie ze to jednak nie sen, to imrpezka.Gdy wstaje slysze tylko wolanie S. "Ggggggg !!!Ola sie obudzila" i wolanie do mnie "Ola!! Juz nie spisz???". Czuje, ze trwam juz w absurdzie tak gleboko, ze po prostu siadam i zaczynam sie smiac. Tak bardzo, ze az sie trzese, a wraz ze mna trzesie sie moja posianiaczona i opuchnieta noga i moje kolorowe i opuchniete ramie. Wszyscy sie na mnie gapia, a nowi znajomi ktorzy przyszli chyba najbardziej i z calkowiecie szczerym zdziwieniem mowia "ale mowiliscie, ze Ola nic nie bierze, NIC A NIC..."...




Tak mija mi dzien. Na calkowitym luzie. Wszyscy skacza, tancza, swawola, rozmawiaja z przechodniami (mieszkanie na 4 pietrze) i NIE SPIA. G. nie spi od soboty od 13:00. Wszyscy o mnie dbaja bo cierpie. Klimat nie do opisania, to znaczy do opisania, ale wolalabym nie. Kazdy rozmawia z kazdym ale nikt nie slucha nikogo. Kazdy tanczy, ale zadna piosenka sie nie konczy. Okolo 18 zbieram sie na pociag, szukam wiec G., zeby mi towarzyszyl na stacje, poniewaz nie mam bladego pojecia jak tam dojechac. Bo calkiem dlugich poszukiwaniach odnajduje G. spiacego na balkonie. Nie do obudzenia, mimo szarpania, popychania, mowienia, glaskania po buzi, plakania (czyzby sie skubany przyzwyczail???!!!!)potracania po buzi, Na pytanie jak dotrzec na dworzec, dotaje tyle odpowiedzi, ze sie gubie. Z moi zdolnosciami na pewno dotre na dworzec, pewnosci tylko nie ma czy pociagowy i czy w Walencji. Sciskam sie na pozegnanie i obcalowuja mnie po twarzy i wsiadam w tramwaj. Jakas dobra kobieta wyjasnia mi jak dojechac na stacje. A w pociagu zasypiam z mysla, ze sympatycznie bylo, ale czasem dobrze jest wrocic do Barcelony.





Wyjazd byl absurdalny. Jak nic innego. Nie mowie, ze zly czy nie udany, bo w zadnym razie nie byl zly czy nie udany a wrecz byl bardzo sympatyczny i udany. Byl tez po prostu absurdalny, nie z mojego wymiaru . Zabawnie bylo to wszystko obserwowac ( haha a nie opisalam wszystkiego!!). Ale czy wkraczac bym chciala ? Nie sadze. Kazdy ma swoj wlasny absurd. Dla G. moje premamente "nie " bylo absurdem ktoremy nie mogl sie nadziwic, dla mnie jego nieograniczona wrecz otwartosc na ludzi. Najwazniejsze, ze znalezlismy jakas plaszczyze, na ktorej dogadywalismy sie fantastycznie. Poza tym Walencja jest piekna, centrum jest niesamowicie wrecz sliczne calosc zasluguje na wszystkie zachwyty jakie wczesniej slyszalam. Oczywiscie nie zwiedzialam wszystkiego co chcialam zwiedzic. Ale moze nastepnym razem, Jak przestanie mnie bolec noga i reka.

2 comentarios: