lunes, 27 de septiembre de 2010

DNI OSTATNIE W TANCU MINELY

Sierpien i wrzesien w Barcelonie czasem imprez. Jeszcze na dobre sie nie skonczyly Fiestas de Gracia, a juz sie zaczely Fiestas de Sants. Jeszcze na dobre sie nie skonczyly Fiestas de Sants a juz sie zaczela Fiesta Mayor de Belvitge. Ta sie jeszcze nie skonczyla (doslownie) a juz trwaly Fiestas de Poble Nou i imprezy w San Boi. A wszystko to zwienczone oczywiscie tygodniowymi MERCE 2010.

Ale po kolei…

W weekend po powrocie z Perpignan (tak uzupelnie to na pewno :P ) odwiedzila mnie Mari Carmen z Malagi. Mari Carmen poznalam pod czas ostatniego wyjazdu do Malagi (tak, jakies 2 tygodnie przed jej przyjazdem do Barcelony – wspominalam juz chyba, ze ludzie z poludnia sa bardzo otwarci i spontaniczni). Pochodzilysmy troche po Barcelonie, poszlysmy n amale spotkanie do Bamboo Baru (Mat za barem jak zwykle czarujacy i uroczy i piwo za darmo, tak – zdecydowanie lubie ten bar) i, ze akurat rozpoczynala sie Fiesta Mayor de Belvitge to wzielysmy Pepe (tak, ten co uwielbia jak mu sie robi zdjecia) i jego dziewcze – Marie i udalismy sie wlasnie tam.


Mari Carmen robiaca zdjecia na Ramblas i Pepe (ktory uwielbia jak mu sie zdjecia robi) i jego bardzo sympatyczne dziewcze Maria


Fiesta Mayor jest chyba najbardziej feriowa (w znaczeniu malegenskim) fiesta Barcelony (ok, niektorzy nawet twierdza, ze Belvitge nie jest Barcelona, niektorzy nawet wiedza ze jest ono czescia Hospitaletu, ale myslac logistycznie: jest metro - jest stolyca – z przymruzeniem oka – uznajmy ze Belvitge to jeszcze Barcelona. Co – nota bene – w ciagu najblizszych kilkunastu lat zapewne sie stanie z powodu rozrostu samej Bacelony), jest czesc z wesolym miasteczkiem, jest czesc restauracyjno barowa i jest ogromna scena z kiczowatymi zespolami. Wsio razem pachnie takim kiczem jak rzadko – ale – fiesta Belvitge ma swoj niezaprzeczalny urok. Mianowicie najwiekszym urokiem Fiesta Mayor de Belvitge – jest Uniwersytet Trzeciego Wieku.

Urocze dziewcze Pepe - Maria, Pepe (ktory uwielbia jak mu sie zdjecia robi), Mari Carmen i yo, a na drugim zdjeciu - zdechly labadz - czyli wielki taneczny pokaz z Gabim.


Na ogromnej scenie koncertowej graja przerozne nikomu nie znane zespoly, graja i graja i graja. Graja muzyke zwana potocznie “pachanga” – czyli kicz. W wolnym tlumaczeniu. To jest ten typ muzyki przy ktorym kazdy moze sie swietnie bawic po 3 pol litrowych mojitos. Hiszpanskie piosenki z lat 60 – 70 – 80 – bez mojito sie nie obejdzie. A pod scena tlum . A pod scena tlum – emerytow. A wszyscy tancza. I fikaja. I to w dodatku takie kombinacjei choreografie, ze nie sposob ich powtorzyc (niezaleznie od ilosci mojito we krwi). Zalaczam dwa filmiki z zeszlego roku:

No dobrze, jak sie okazalo nie umiem ich zapisac na komputerze, wiec tylko wstawiam linki.

http://www.facebook.com/video/video.php?v=1206577157074

http://www.facebook.com/video/video.php?v=1206621798190


Tydzien pozniejw piatek wybralismy sie z Pepe (ktory uwielbia jak mu sie robi zdjecia) ma fiestas de Poble Nou. Fiestasde Poble Nou maja swoje dwie czesci – jedna z muzyka pachanga I jedna o nazwia “Alternativas Fiestas de Polble Nou” - z Rumba Catalana y Punkami.


Rumba Catalana na Poble Nou.


Nastepnego dnia wybralismy sie z Pepe (ktory uwielbia jak mu sie robi zdjecia) i jego dziewczeciem – Maria na koncerty do San Boi. Wspanialy koncert wspanialego zespolu Rumba Catalana – La trobo Kung fu (poleam wyszukanie na youtubie)

w San Boi na koncercie LaTroba Kung Fu - tak sie rodzi milosc do muzyki.

w sobote nastepna – kolejne Fiestas en Poble Nou. Ja chcialam dluzej na Punkach zostac, ale Jaime i Alex I dwie Wloszki ktore nam towarzyszyly wolaly zmienic klimaty.

Z Merce jednak postanowilam zrobic oddzielny wpis. ;)

Coz jeszcze. Troche zmian. Wiem, zarzekalam sie ze nigdy nie opuszcze Santsu, ale…. Po pierwsze – moj pokoj zaczal na mnie dzialac depresyjnie. Brak naturalnego swiatla, okienko na patio wewnetrzene, z ktorego non stop dochodza odglosy sasiadow, ciemnica, ciemnisca I jeszcze raz ciemnica. A do tego jednoosobowe I wcale nie takie wygodne lozko. Gdyby tylko moj pokoj byl tak dramatycznie pozbawiony naturalnego swiatla –moglabym go uzywac wylaczniedo spania, a reszte czasu spedzac w salonie. Ale niestety cale mieszkanie jest dramatycznie pozbawione swiatla (sliczne, czarujace, ale ciemne jak nagla cholera). Szukalam czegos na Santsie, na poczatku nawet wychodzilam tylko I wylacznie z zalozenia – Sants Sants Sants – ale naprawde nie bylo nic godnego uwagi – albo byly to warunki typu “jestem szalonym stuedntem zycie jest krotkie wiec co za roznica czy na przystanku czy w mieszkaniu?” albo “mieszkanie jest tak wypasione, ze az strach do niego wejsc” albo “Bo jak do tej nory bez zadnego okna wstawie rozwalajace sie dwoosobowe lozko, to juz bede mogla podniesc oplate do 350 eur” etc etc etc. A potem spotkalam ten pokoj i bynajmniej nie jest on na Santsie – jest na Guinardo (a dokladnie na ulicy Varsovia ;)). Na poddaszu, z tarasem, z lamanym dachem, z wanna tak ogromna, ze 4 Ola moga jednoczensie w niej nurkowac, dwupoziomowe i z oknem w suficie, przez ktore bede mogl ogladac gwiazdy! Jak zobaczylam to sie po prostu zakochalam i w piatek sie przeprowadzam. ;)

To jak na razie na tyle. Bo zaraz przerwa obiadowa ;)


No hay comentarios:

Publicar un comentario