Tydzien po powrocie z Malagi wybralam sie spedzic weekend w Perpignan. Do Perpignan mozna sie dostac z Barcelony na kilka sposobow, aczkowiek najbardziej praktyczny jest chyba pociag – w przeciwienstwie do PKP, nawet podmiejskie renfe jest na tyle wygodne, ze mozna spokojnie spac cala droge. Pociagiem mozna pojechac na 2 sposoby – albo bezposrednio za 38 euro, albo z przesiadka na granicy za 18 euro. Nie zarabiam zle, ale 20 euro wole wydac w barze niz na pociag, zwlaszcza, ze Cerbere (granica) jest naprawde czarujace.
Cerbere po lewej stojac buzia do morza
Cerbere majac stacje za plecami
Cerbere (po katalonsku: Cervera de la Merenola) jest miastem granicznym, polozonym juz po stronie francuskiej, pierwsze miasto we francuskiej Katalonii – jak na 1487 mieszkancow (dane z 1999 roku) wisi tu naprawde duzo katalonskich flag. Dogadac mozna sie po francusku oczywisice, po katalonsku – jeszcze bardziej oczywiscie, po angielsku na migi – z Panem w barze kanapkowym i po hiszpansku jedynie z jedna pania w kasie na stacji. Miasteczko jest malutkie malutkie malutkie, polozone na zbaczach czarujacej czarujacej czarujacej zatoczki. Miasteczko jest do tego stopnia malutkie, ze nawet schody dostaja miano ulic. Naprawde.
Jedna z nielicznych uliczek Cerbere, ktora nie jest schodami
Z obiektow do ogladania w Cerbere znajduja sie 2. Jeden to nieczynny juz hotel Belvedere du Rayon Vert, wybudowany w latach 1928-1932, w stylu Art Deco, autorsta architekta Leon Baille. Oraz jako obiekt drugi park Naturalny : Reserve Naturelle Cerbere – Banyuls – Sur – Mer (storzony 1974 roku) – podobno raj dla pletwonurkow – osobiscie nie wiem, spedzilam w Cerbere ledwie 3 godziny.
Wyzej wspomniany Hotel. Polowa niego znajduje sie dokladnie nad torami, gdy w pociagu siedzi sie przodem do kierunku jazdy ma sie wrazenie, ze w jezdza sie w stary opuszczony hotel.
I na temat Cerbere to wsio. Nie sadze aby dalo sie tam spedzic dluzej niz weekend. Nie wiecej jednak niz 30 minut w poaciagu na wschod od Cerbere znajduje sie Perpignan ( po katalonsku Perpinyá ).
Jedna z uliczek tuz przy centrum starowki w Perpignan
Moze obraze tu wielbicieli malych francuskich miasteczek - ale Perpignan wcale ale to wcale mi sie nie podobalo. Nie ma klimatu Biordeaux i okolic, nie ma klimatu miasteczek Prowansji, w ogole nie ma pozytywnego klimatu. Niby ma wszystko zeby ten klimat miec – zadbane budynki i trawniki, male uliczki, cos na ksztalt starowki, rzeke w srodku miasteczke z bulwarem po obu brzegach, punki z pieskami, artystow, kawiarenki, bary, niby jest posprzatane etc etc… ale… CZEGOS BRAKUJE. Nie to zeby odpychalo i zmuszalo do wyjazdu na leb na szyje, ale czegos brakuje. Jak na dawna stolice Krolestwa Majorki – rozczarowuje.
uliczne Punki w kapeli, nie powiem, oni akurat byli conajmniej fantastyczni i zdecywanie poprawiali obraz Perpignan jako calosci.
Olek w czasie lazenia po miescie
Rzeka jest, na brzegu rzeki jest sliczny zadbany zielony trawnik, ale nie mozna na niego wejsc, bo wszystkie wejscia sa zamkniete. Nie ma to z reszta wiekszego znaczenia, poniewaz sama rzeka tak smierdzi, ze nie sadze zeby dalo sie wytrzymac na trawniku. Do informacji turystycznej trzeba isc, isc, isc, isc, isc, isc I isc I moze jeszcze isc. Jak na miasto o liczebnosci 116 700 obywateli (dane z 2004 roku) zdecydowanie za duzo trzeba isc. Co roku w Perpigan odbywa sie jeden z najwazniejszych na swiecie festiwali fotografii reportazowej. Z tego wlasnie powodu miasto nad rzeka wystawilo na sznurkach kilka duzych fotografii. Niestety zaczepiono je tylko u gory, czego resutatem przy drobnym podmuchu wiatru bylo zawiiecie sie ich wokol sznurka przeciagnietego z jednego przegu na drugi. Pokoj w ktorym mieszkalismy mial bardzo ladny taras (z kojczykiem dla dziecka) … na korytarz. Ale darowanemu koniowi w zeby nie zagladam ;)
Ta fontanna jest bardzo ladna, niestety rowniez w niej woda smierdzi jak nagla zaraza
wiecej zdjec z tego wyjazdu:
http://www.facebook.com/album.php?aid=2066222&id=1008017375&l=8027844ca5
Poza tym nie pojechalam tam wysiadywac na tarasie (dlugo z powodu braku doplywu powietrza pewnie bym nie wytrzymala) ani wachac rzeke, tylko przyjechalam tam zobaczyc sie z Grzesiem Komarem jak i rowniez przyjechalam na 22 º Festival International du Photojounalisme. Wystawy byly porozsiewane po calym miescie, wiec aby do nich dotrzec zwiedzalo sie rowniez miasto (tutaj troszeczke o festiwalu w poprzednim roku: http://www.rfi.fr/culturefr/pages/001/page_429.asp) . Nie wszystkie wystawy zachwycaly, nie wszystkie sie podobaly, niektore mialy wzruszajace historie, ale zdjecia je psuly. Ale te kilka, ktore zwalily z nog (np. O poligamii w jeden z sekt Stanow Zjednoczonych, o Sekwojach, o Islamie) warte byly pobytu w Perpignani wachania rzeki.
Grzes przygladajacy sie zdjeciu.
A poza tym prawdziwa przyjemoscia bylo spotkanie sie z Grzesiem, jedzenie pizzy, pasty I picia piwa I sluchania plot I nowosci. Grzes caly czas jest tak samo czarujacy I umjmujacy jak wczesniej (nie da sie tego inaczej opisac). I mam nadzieje, ze to sie nie zmieni.
Grzes udajacy, ze go nie ma
Grzes udajacy macho w promienach slona












No hay comentarios:
Publicar un comentario