bazujac na swoim literackim talencie...
a tak naprawde - aparatu mi sie nie chcialo na impreze w sobote wziac.
Moglam wziac, gdyz do tej pory w to uwierzyc mi trudno - z panem S. z dalekiego poludnia (nie podam imienia, nie wkleje zdjecia, poniewaz wiem, ze pan S. czasem zaglada na tego bloga i przed nieznajomoscia jezyka polskiego ratuje sie znajomosci tlumacza google), po niemal 2 latach znajomosci zaczelismy... rozmawiac normalnie. Oczywiscie "normalnie" na nasze - zlych dzieci - standardy. W kazdym razie nie ograniczylo sie to narzuconych odgornie przez dobre wychowanie zdawkowych zdan a pozniej ograniczenia rozmowy do "mhh" lub "hmmm" (co po hiszpansku i tak brzmi tak samo bo maja nieme "h"). Wzglednie ograniczenia jej do kompletnej ciszy. Z gatunku ciezkich, niemal fizycznie ciezkich ciszy.
Pan S. jest inteligentny i specyficzny, nie lubi swojej nacji i nie lubi mojej nacji (ale lubi mnie - przyznal sie kiedys po pijaku wiec nigdy wiecej zapewne tego od niego nie uslysze wiec do tej pory rozkoszuje sie wdziecznie tym wspomnieniem). Pan S. mnie przerazal, oniesmielal i wbijal wzrokiem w podloze. Nie tylko wzrokiem, cala swoja osoba mnie wirtualnie wbijal w podloze.
W ten weekend rozmawialismy. Naprawde. Nie zebysmy spezdili godziny na rozmowach o swoch zainteresowaniach i planach na zycie, radosnie odkrywajac jak wiele nas laczy. NIE. Ale rozmawialismy. Nim sie zorientowalam co zrobilismy bylo juz po fakcie.
Jest to na tyle przerazajaca zmiana, ze postanowilam zapobiec rozwinieciu tej sytuacji w nastepny weekend aranzujac swoj wyjazd z Barcelony. Mysle ze do Walencji na weekend sie udam. Albo gdziekowiek. To tez dobre miejsce.
No hay comentarios:
Publicar un comentario