martes, 15 de febrero de 2011

si miedo tienes en tus ojos y no lo ves

Nastepnego dnia budzi mnie slonce radosnie wbiegajace do pokoju przez otwarte okno. Mysle sobie “wow, miasto w takim sloncu musi wygladac przepieknie”, niestety kilka pierwszych spojrzen przez okno obala ta optymistyczna teorie.





Niezrazona jednak tymi widokami chce wychodzic juz teraz natychmiast i zwiedzac zwiedzac zwiedzac - poniewaz na pewno z drugiej strony bloku jest ladnie! Krotko ustalamy z Gabim i Carolina dalszy plan mojego pobytu w Wenezueli i wychodzimy. Ustalamy ze dzis w nocy powedruje autobusem na polnocny – wschod do Cumany a z Cumany troszeczke na zachod do Parque Natural de Mochima (bez wzgledu na to jak bardzo bezsensownie wedrowka wschod – zachod brzmi – inaczej sie jej nie da odbyc). Plan na dzis jest zatem zwiedzanie centrum i zakupienie biletu.

Po wyjsciu z domu odkrywam iz widok z drugiej strony bloku oscyluje w tych samych klimatach co i z pierwszej strony bloku. Ilosc smieci taka sama, ilosc brudu tez. Ruch uliczny rzadzi sie wlasnymi prawami i regulami, ktorych w zaden sposob nie moge rozszyfrowac. Zapewne dlatego ze wcale ich nie widac. A nie widac ich zapewne dlatego, ze nie istnieja. Kazdy idzie jak chce – co jescze nie jest jakos bardzo klopotliwe oraz kazdy prowadzi jak chce – co juz jest klopotliwe, poniewaz co i rusz Gabi i Carolina musza mnie wyciagac spod samochodow. A po chodnikach chodzi mnostwo wyznawcow kubanskiej Santerii ubranych na bialo.

to nie jest fan Just 5, to jest wyznawca Santerii


Budynki sa brzydkie, brudne i zniszczone ( w wiekszosci) a na ulicach lezy mnostwo smieci. Jest mnostwo budynkow po tak zwanej “invasión”. Invasion polega na tym, ze do pustego domu wchodza mieszkancy barrios (wsrod nich kobiety z niemowletami na ramionach) i juz nie wychodza (aczkowiek kiedy ja rozkoszowalam sie urokami wenezuelskiego Interioru miala miejsca jedna inwazja, ktora swoj final miala w mediach – mianowicie w jednym z media – barrios [medio-barrio to nie jest jeszcze dzielnica klasy sredniej, ale tez barrio trudno ja nazwac] w jednym domu mieszkala sobie samotna starsza pani. W sobote rano wyszla z domu a gdy wrocila tego samego dnia popoludniu okazalo sie ze juz nie mieszka sama, a wrecz mieszka w komunie). Pytanie czy meiszkancy barrios moga tak robic? Alez oczywiscie, bo i kto im zabroni? Czy jest to z kolei legalne? Wiec wedlug prezydenta Hugo Chaveza jak najbardzije tak. Wrecz to Chavez nawolywal ludzi z barrios to zajmowania domow. I na te nawolywania ludzie z barrios sie powoluja. Czasem, ale naprawde bardzo rzadko udaje sie sie to zwalczyc, ale koszta so duze i wywiazuje sie doslownie bitwa z udzialem broni palnej, koktaji molotowa etc etc – jak bylo w przypadku przez chwile opuszczonego domu tuz przy bloku Gabiego. Smutne to troche i przerazajace lecz prawdziwe. Takich domow jest w Caracas mnostwo. Tworza swego rodzaju krajobraz wrecz. Smutne jest rowniez to, ze przez to kolejne regiony Caracas stara sie coraz bardziej brudne, zasmiecone i niebezpieczne.

Oczywisicie jak ostatni glupek zaczynam sie rzucac do robienia zdjec. Na szczescie w ostatniej chwili zostaje pociagnieta przez Gabiego za kolnierz ze slowani “przeciez wszyscy chcemy wrocic dzis do domu prawda Olu?” i sie poddaje. Grzecznie daje sie umiejscowic po wewnetrznej stronie chodnika i maszerujac nie przestajac sie dziwic. Najbardziej chyba zadziwiaja mnie WSZECHOBECNE ogrodzenia z drutu kolczastego i drutu pod pradem (na zdjeciach ogrodzenia meczetu). Mijam kolejne domu po invasion, potykam sie o kolejne krawezniki (jak juz sa krawezniki to sa naprawde zajebiscie wysokie), potykam sie o smieci, Gabi i Carolina wyciagaja mnie spod kolejnych samochodow, mijamy park, ktory wydaje mi sie byc bardzo ladny (ale jak sie natychmiast dowiaduje nawet z policja nie powinnam sie tam zapuszczac), mijamy naprawde artystyczne graffiti ( hehe mala dygresja – Caracas pelne jest graffiti. Naprawde pieknego i artystycznego graffiti. W 99, 9 % jednak jest to graffiti szerzace milosc do socjalismu – w socjalizmie ty budujesz swoja stolice, w socjalismie ty wiesz gdzie ida twoje pieniadze, Chaveza i Simona Bolivara) i tak to radosnie docieramy na dworzec autobusowy. Problem zaczyna sie gdy zaczynam kupowac bilet, pan w okienku wyglada i zachowuje sie tak jakby sie na mnie obrazil ze przyszlam. Z racji tego ze paszport jest jedynym dokumentem ze zdjeciem jaki mi sie ostal pokazuje panu kopie paszportu. Pan mowi, ze nie akceptuje kopii. Ja mowie, ze czytalam regulamin – i pan powinien zaakceptowac. Pan mowi, ze nie, ja przekonuje ze tak. Po 20 minutach przekonywania (ok mozna to juz nazwac klotnia) zaczynam przekonywac szefa pana o widzenie, z ktorym poprosilam. Szef tez sie nie daje przekonac, mimo ze ma przed nosem regulamin. Po jakis 30 minutoach dociera do mnie, ze jak tak dalej pojdzie (zwlaszcza ze pan caly czas wolal do kolejki “kolejny” a ja wolalam “jeszcze ja nie skonczylam”) to wlasnie tak i tutaj spedze najbllizsze 2 tygodnie a potem po prostu pojade na lotnisko i wroce do Barcelony. Pelni pokory zatem wracamy do domu po paszport, modlac sie przy okazji, zeby mi go nie skradziono.

ogrodzenia meczetu
i ogrodzenia w centrum miasta:

A caly ten epizod opowiedzialam z 2 powodow – po 1 zeby pokazac jak “sympatyczni”, “mili” i “pomocni” potrafia by Wenezuelczycy w takich miejscach jak dworzec, bank, policja, urzad etc i jak bardzo moga przypominac panie z urzedu pracy na Woli. I powod 2. Znacznie wazniejszy – cala ta sytuacja zmusila nas do powrotu do domu metrem. A w tylko i wylacznie w Caracas, jako jedynym miejscu na swiecie maja METRO GEJFRENDLY:

W metrze natomiast czcza Ole za pomoca lodow wielosmakowych:

Po udanym zakupie biletu (aczkolwiek pan nadal byl na mnie obrazony) ruszamy na podboj centrum miasta. W Centrum tuz po wyjsciu z metra atakuje mnie tlum ludzi chcacych zamienic moje euro na bolivary, sa oglednie mowiac bardzo uparci w tym zamiarze i krzycza na Gabiego i Caroline gdy po raz kolejny wyciagaja mnie kolnierz. Mam rowniez zakaz wyjmowania z torby duzego aparatu (naszczescie tuz przez wyjazdem kupilam male cudo na promocji w Media Markt). Przechodzimy obok jakiegos pieknego rzadowego budynku, ktory chcemy zwiedzic, ale symaptyczny gwardzista mowi nam ze nie ma takiej opcji. Przygladam sie plakietce gwardzisty i odkrywam jak okrutnych ma rodzicow skoro nazwali go Elvis Adolf. Dochodzimy do placu, gdzie centralnym punktem jest oczywiscie pomnik Simona Bolivara

i gdzie z drzew atakuja nas czarne jak diably wiewiorki

i bardzo ladne dziecko sie rwie by zrobic mu zdjecie:

Mijamy katedre, oczywiscie zamknieta i kupujemy sobie – helado de Tizana – lod, po ktorego zjedzeniu bylam pelna przez najblizszych kilka godzin (a ci co mnie znaja wiedza, ze jest mi trudno osiagnac taki stan na 20 minut) – jest to zamrozony w plastykowym kubku wraz ze spora iloscia sok owocowy. Nie wiem co jest w tym soku, ale daje imponujace uczucie sytosci.

meczymy sie z lodami

Udajemy sie na zwiedzanie domu Blivara, gdzie czytamy mnostwo madrych slow, ktore on wypowiedzial.

Z domu Bolivara udalismy sie do Muzeum Bolivara, gdzie miedzy innymi umieszczona jest jego trumna.Widok nieco makabryczny poniewaz trumna jest otwarta i wyglada jakby ja subtelnie mowiac wybebeszono. Istotnie tak sie wlasnie stalo jakies 7 miesiecy temu na zyczenie prezydenta Chaveza. Chcial on bowiem sprawdzic (poprzez najnowsze badania rzecz jasna) czy w pierwotnej trumnie aby na pewno lezy cialo Bolivara i czy aby na pewno umarl on na gruzlice a nie, na przyklad zostal zamordowany. Od 7 miesiecy udalo sie ustalic jedynie, na podstawie potomkow krewnych Bolivara (sam Bolivar nie mial dzieci, z tego co wiadomo), ze istotnie bylo to cialo Bolivara.A przynajmniej tylko takie informacje zostaly Wenezuelczykom przekazane.


Z okien muzeum Bolivara widac mercado z fantastycznymii tanimi ciuchami, oczywisice rowniez psozlismy je zwiedzac. A wokol kwitlo zycie i walaly sie smieci i tanczyli starsi ludzie.





Dochodzimy do placa Candaleria – jedynego pozostalego w centrum miasta miejsca, gdzie, mozna powiedziec, ze gromadza sie ludzie. Sa to przede wszystkim Hiszpanie, Wlosi, Boliwijczycy I Kolumbijczycy, ktorzy wyemigrowali do Wenezueli w czasach jej swietnosci – w latach 60 – tych. Trudno zgadnac ilu z nich zaluje dzis swojej decyzji. Na placu Candelaria bawia sie rowniez niczego jeszcze nie swiadome dzieci, jest rowniez darmowa silownia na swiezym powietrzu, na ktorej przyszli wenezuelscy macho cwicza swoje muskuly (naprawde nie bylo tam ani jednej kobiety) – chcialam zrobic zdjecie, ale poczulam sie bardzo oniesmielona nadmiarem meskich spojrzen i naprezonych miesni. Musze byc naprawde egzotyczna w Caracas

Nie mam zdjecia placu Candelaria wiec wklejam zdjecie Gabiego i Caroliny:

Wieczorem udajemyu sie do baru pod domem sprobowac czegos typowego co nazywa sie CACHAPA i jest zajebiste. Dawno nie jadlam czegos tak pysznego, smaruje sie maselkiem (ktorego akurat w tym czasie w Caracas brakowalo, tak jak i cukru – zupelnie jak 25 lat temu w Warszawie) i je razem z serkiem w srodku. Pyszne. Polecam.


Z racji tego ze juz jest niemal po zmroku wszystko wokol jest zamkniete wiec wieczor konczymy piwkiem w domu.


Opuszczam Caracas z nieco mieszanymi uczuciami, ale musze zaznaczyc ze opuszczam je zajebiscie komfortowym autobusem (http://www.rodovias.com.ve/ dla tych co nie wierza) – w Wenezueli istnieje tylko jedna linia pociagowa (jedzie sie jakies 40 minut pociagiem) wybudowana bodajze 4 lata temu przez Chavezaz okazji wyborow (to obietnicy pokrycia calej Wenezueli siecia pociagowa jeszcze troche brakuje). Calosc transportu krajowego opiera sie na transporcie drogowym i tak wypasionych autobusow jak w Wenezueli w Europie nie ma. Powaznie.

Ale wracajac do Caracas – miasto jest brzydkie, zasmiecone i zniszczone. I niebezpiecznie. Ludzie non stop zyja w strachu, chodzac po ulicach maja oczy dookola glowy. Nie wychodza po zmroku, bary zamykaja od srodka, sklepy po 18:00 juz zaryglowane, gdy zamykaja mieszkania od srodka zostawiaja klucz w zamku. Aby winda ruszyla u Gabiego w bloku trzeba miec specjalby chip. Po zmroku nie ma nikogo na ulicach, Ludzie sie boja, a boja sie juz tak dlugo, ze az sie do tego strachu przyzwyczaili. Brzmi to absurdalnie, ale tak jest.I co zadziwiajace - przy takim stopniu strachu caly czas potrafia sie cieszyc, smiac, kochac.

A szkoda, bo gdyby Caracas troche oczyscic, troche odnowic i troche zadbac o bezpieczenstwo mogloby to byc naprawde fajne miasto. Poniewaz niebo nad Caracas jest po prostu zajebiscie niebieskie.


1 comentario:

  1. dzielna jestes! kurcze ile ciekawych miejsc zobaczysz... fajnie
    zabierz mnie kiedys ze soba - dostarcze Ci tyle ryzu ile zapragniesz:)))
    Aga K. from Poland

    ResponderEliminar