lunes, 14 de marzo de 2011

gdy pierwszy raz zal w serce uderza nie bron sie

Nastepnego dnia boli mnie kazdy centymetr kwadratowy ciala, kazdy pod skorny. Nie ma mowy o nurkowaniu dzis, nie ma opcji na poplyniecie na inna samotna plaze i spedzenie tam calego dnia. Zaczynam wrecz kombinowac jakby tu zrobic tak, zeby nie oddychac, a jednak zyc. Postanawiam jednak mimo bolu przezyc cos ekscytujacego i decyduje sien a samodzielna wycieczke autobusem do Cumany celem zakupu biletow, a jezdzenie malymi podmiejskimi autobusikami wydaje mi sie byc wystarczajaco ekscytujace na poczatek.

Pytam Marie Dolores (pania wlascicielke posady) gdzie gdzie jest przystanek autobusowy i czy ma rozklad jazdy, a Maria Dolores patrzy sie na mnie jak na zjawisko paranormalne. Mruga oczami i wyglada jakby nie zrozumiala pytania. Zatem grzecznie je powtrzam, co u Mariii Dolores wywoluje jeszcze wieksza konsternacje. Okazuje sie, ze nie ma czegos takiego jak przyswtanek autobusowy w Mochimie. Albo tez – Mochima jest jednym wielkim przystankiem autobusowym. Maria Dolores poleca mi po prostu usiasc sobie w jakims landym miejscu i poczekac na autobusik zamachac i wsiasc. Tak, rozkladu jazdy nie ma. Autobusiki jezdza tak jak chca.


Pakuje zatem kilka rzeczy do podrecznego plecaczka i jestem gotowa do drogi, Maria Dolores wladczym tonem mowi mi, ze dla wlasnego bezpieczenstwa mam zostawic paszport i aparat, w sumie, rozsadnie do sprawy podchodzac i biorac pod uwage moje zdolnosci - grzecznie wracam do pokoju i zamieniam paszport na kopie. A aparat owijam w dodatkowa koszulke i chowam z powrotem do plecaczka celem zabrania go ze soba. Ale nie z Maria Dolores takie numery! Dopada mnie przy drzwiach i bez trudu domysla sie co mam w plecaku i ponownie mowi mi, jeszcze bardziej wladczym tonem, zebym zostawila aparat na miejsu. Jeszcze dwa razy probuje ja przechytrzyc, przekladajac apart do torebki i probujac sie wymknac po cichu z posady, ale Maria Dolores za chytra na takie dziecinne proby. Konczy sie zostawieniem duzego aparatu w posadzie a przemyceniem w tylniej kieszeni bojowek malego.

Maria Dolores dokladnie i 3 razy tlumaczy mi gdzie mam wysiac i skad wziac taksowke na dworzec. Zupelnie bez sensu z reszta marnowala swoj czas bo i tak sie pomylilam i ku zadziwieniu kierowcy autobusiku wysiadlam w srodku niczego. Srodek niczego znajduje sie na zakrecie, mozna tam kupic fantastyczna empanade z zajebiscie ostrym sosem (calosc jest kapitalnie dobra), buduja jakas chalupe i wisi plakat Chaveza, mowiacy o tym, ze w socialismie to wies jest nawazniejsza. A chlopcy wolala do mnie jaka to jestem piekna i jaka to bardzo jestem blond. Nie ma co - czuje sie podbudowana.W srodku niczego spedzilam okolo 1,5 godziny uskakujac przez skrecajacymi ciezarowkami i probujac zlapac transport do Cumany. Wlasnie w srodku niczego odkrywam, ze w tym regionie Wenezueli, jezeli w autobusiku nie ma wolnych miejsc siedzacych to autobusik sie nie zatrzyma. Naszczescie w koncu jakis sie zatrzymuje, kule sie miedzy dziewczeciem o najbardziej rozowych paznakciach jakie widzialam i panem o bardzo duzych gabarytach a nogi trzymam na jakis dziwnie pachnacych siatkach. Nie pytam sie co jest srodku, zeby mnie w razie czego nie wysadzili w jakims innym srodku niczego.

W Cumanie pytam sie jakiejs milej pani, czy na dworzec jest daleko, ona odpowiada mi, ze tak, jakies 30 minut. Ochoczo zaczynam zatem maszerowac, bo przeciez najlepiej jest poznac miasto spacerujac po nim. Po kilku sekundach dogania mnie ta Pani i lapie za ramie (bolalo!) i mowi, zebym w zadnym razie nie szla tych 30 minut na piechote, bo nigdzie nie dojde, wliczajac w “nigdzie” rowniez cmentarz, bo mnie pobija, zgwalca etc etc. Daje sie grzecznie wprowadzic do kolejnego autobusiku, Pan Kierowca sie usmiecha, ja sie usmiecham, wszyscy sie usmiechaja, nie mam bladego pojecia gdzie jestem, a autobusik jest w takim stanie, ze widze jak srubki wychodza ze scian i generalnie jest bardzo fajnie. Cumana rowniez nadmiarem przystankow nie grzeszy, ale wystarczy zawolac radosnie do Pana Kierowcy lub jego asystenta (W kazdym autobusiku jest zawsze Pan Kierowca i jego asystent) “przystanek poprosze” i autobusik sie zatrzymuje. Cala soba walcze z sama soba zeby nie sprawdzac co 3 minuty czy to naprawde dziala.


to zielone w tle to autobus miejski

Bog jeden wie jakim cudem bezpiecznie kupuje bilet i wracam na obrzeza miasta, gdzie spodziewam sie znalesc atobusik do Mochimy. Znajduje 5 autobusikow do Santa Fe, ale do Mochimy zadnego. Po jakims czasie jacys dobrzy ludzie tlumacza mi, ze musze jeszcze przejsc jakies 500 m na przystanek. Przechodze 1000 metrow przystanku nie znajduje, az w koncu jakas pani za raczke zaprowadza mnie na samotna laweczke i kaze na niej czekac. Juz kumam i mowie “aa przystanek” , pani potwierdz, ze “si, przystanek”.

Plus jezdzenia takim autobusikiem jest zdecydowanie taki, ze jest sie w nim calkowita sensacja, leci fajna muzyka (polaczenie reggetonu z merenge), srubki sie trzesa i przejezdza sie przez wszystkie okoliczne wsie. A kazda z wsi polozona jest w srodku parku naturanego. A w kazdy wsi jest szkola boliwarianska (lub nie mal w kazdej). I ludzie machaja. I mozna podejrzec jak zyja. I na pierwszy rzut oka wyglada to sielankowo (a juz na pewno w porownaniu z Cumana, ktora, tak jak i Caracas jest brzydka, brudna, zasmiecona i niebezpieczna).




Jak dojezdzam do Mochimy okazuje sie, ze Maria Dolores juz zdazyla niemal dostac niemal 3 zawalow i niemal atakow serca, poniewaz tak dlugo mnie nie bylo. Korzystajac z radosci jaka wywolal moj widok, zabieram drugi aparat i udaje sie na maly obchod po samej Mochimie. I po raz kolejny stwierdzam, ze to miejscie to na pewno poczatek raju i szkoda , ze jestem tu tylko 2 dni (chodz moja skora jest innego zdania). Z argentynkim malzenstwem i dwoma mlodymi Argentynczykami jemy kolacje (a kuuuuuuuuuuurczak na talerzu jest taaaaaaaaaaaaaaaaaaaki duzy i takieeeeeeeeeeeeeeeeee 2 arepy do niego). W Mochimie czuje sie jak w malej komunie/ spolecznisci hipisowskiej i celem udowodnienia tego zapominam ze soba portfela i nie mam czym zaplacic za kolacje, naszczescie argentynscy chlopcy sa na tyle mili, ze ofiaruja sie, ze zaplaca za mnie.




Jest tu rowniez duzo bezpanskich (albo wielopanskich) psow, ale wszystkie sa niesamowicie mile i przyjazne i towarzyskie.


A wieczorem Paco, maz Marii Dolores zawozi nas wszystkim na dworzec – chlopcy do Caracas ja do Ciudad Bolivar. Smutno bardzo opuszczac Mochime, zwlaszcza, za ten niczym nie ograniczony spokoj jaki czulo sie w calym miasteczku. Za piekno. Za zwierzatka (nawet to jedno w pokoju), za jedzenie, za bezdomne, ale jakze sympatyczne pieski etc etc etc. Opuszczam Mochime z poczuciem, ze zdecydowanie za malo czasu tam spedzialam, ale z drugiej strony – czekaja nowe miejsca i nowe przygody. Jedna rozpoczyna sie juz w autobusie, gdzie indywiduum, ktore rzucilo mi sie w oczy tuz po przyjezdzie. Tym razem induwiduum wykloca sie z kierowca (oczywiscie bez znaomosci hiszpanskiego)o to, ze jego plecak (wielkosci calej mnie) jest podreczny. Kierowca twierdzi, ze nie, Indywiduum tiwerdzi, ze tak. Po 20 minutach Kierowca i 3 gwardzstow z bronia twierdza, ze nie, a Indywidum dzielnie twierdzi, ze tak. Po jakis 30 minutach gwardzisci zauwazaja ze nie posiadam urody typowej dla Wenezuelskich kobiet i moze znam jeszcze jakis inny jezyk i moze moglabym wyjasnic Indywiduum, ze nie powinien wchodzic z tym plecakiem do autonbusu. Probuje po angielsku, a Indywiduum sie cieszy jak dziecko, ze w koncu jakis jezyk ktorym umie sie poslugiwac. Jednakze, kiedy tlumacze, ze musi zostawic plecak w bagazniku, jakims cudownym sposobem, Indywiduum nagle pozbywa sie ze swojego mozgu znajomosci angielksiego. Mimo, ze jest Rosjaninem nie rozumie nawet pol slowa po polsku. Po godzinie gwardzista delikatnie glaszczac bron prosi mnie abym po raz ostatni przetlumaczyla Indywiduum na wszystkie jezyki ktore znam o co chodzi. Konczy sie to tym, ze Indywiduum zaczyna wkladac na siebie wszystkie ubrania, ktore ma w plecaku, wyciaga wsyzstkie rzeczy z niego I sam plecak oddaje do bagaznika a ja mam ochote go skopac. Tak samo jak I z reszta reszta autobusu. Miedzy innymi za wrzaski, ale chyba jednak za ponad godzine opoznienia. Nie wiem, moze ja jestem przeczulona, ale nie znosze takiego kompletnego braku respektu w miejscu, gdzie przeciez ani ja ani on nie jestesmy u siebie. I chociazby z tego powodu (jak i rowniez z powodu niemal wszechobecnych w miejscach publicznych gwardzistow z bronia palna) powinnismy to uszanowac.

Bogu dzieki w Ciudad Bolivar nie ma wiekszego znaczenia czy przyjezdzam o 4 czy o 5 rano bo i tam wszyscy spia i spedzam 15 minut patrzac jak pan taksowkach nie zdejmuje palca z dzwonka przy wejsciu do posady. 15 minut.

No hay comentarios:

Publicar un comentario