Plan byl odebrac rzeczy z posady i jeszcze tej samej nocy uderzyc ponownie do Caracas. Jednakze w posadzie spotkala mnie mala niespodzianka z ktora sie tak dobrze wspolnie bawilismy, w wyniku czego postanowilam przedluzyc nieco swoj pobyt by lepiej poznac miasto Bolivar. W posadzie spotkalam trzech mlodych i beztroskich australisjskich chlopcow, ktrorzy tez sie tu zatrzymali (I dwoch z nich kucharze!!!). Nad wyraz korzystne bylo to, ze zaden z chlopcow ni w zab mowil po hiszpansku. Niespodziankowo i beztrosko zatem dobilismy z chlopcami szybkiego targu: ja chlopcom tlumaczem – chlopcy mi ochraniarzem. Uklad wspanialy, a chlopcy fizycznie do malych nie naleza.

Poza tym chlopcy naprawde bardzo weseli (momentami az za weseli) i bardzo beztroscy (czesciej niz momentami) – James i Jack bracia - kucharze (wiem, brzmi jak bracia Mroczkowie, ale to nie w ten desen) w wieku okolo–moim i trzeci – najmlodszy i najpocieszniejszy i w dodatku “chlopiec do bicia i przynoszenia piwa” – Frankie. Chyba naprawde najbardziej beztroskie i cierpliwe dziecko swiata – sprzatalo, przynosilo piwa, dawalo soba pomiatac, na siebie krzyczec i sie przenosic, a wiecznie z ogromnym usmiechem na buzi. I wcale nie byl cofniety umyslowo, czego sie obawialam w pierwszej chwili widzac ten usmiech mimo swojej sytuaji. Frankie jest po prostu filozofem. Wyznawca zen wrecz. Akceptuje zaistniala sytuacje i stara sie cieszyc tym co moze (a przy swoich kuzynach niewiele mial powodow do radosci, taki autralijski Kopciuszek bez ksiecia). Czasem, owszem Frankie sie stawial. Bardzo krotko, niemal niezauwazalnie, poetycko rzec by mozna; krotko poniewaz mimo, ze jest duzy, to kuzyni sa wieksi i sa dwaj. A poza tym zawsze kiedy Frankie sie stawial Jack i James po rodzicielsku wrecz go okladali i tarmosili i biednemu Frankiemu przechodzila blyskawicznie wszelka ochota na jakkiekolwiek stawianie sie. Ja na miejscu Frankiego po tygodniu bym uciekla w sina dal od swoich kuzynow, ale Frankie jest twardy i trzyma sie ze starszymi.

Poza tym z taka obsada odeszlo nam bardzo duzo strachu na wychodzenie z bezpiecznej posady I wychodzilismy I szlalalismy sie po miescie jak 4 muszkieterowie. Bylismy wrecz tak odwazni, ze wyszlismy poza te 4 czy 5 ulic otaczajacych budynki rzadowe. Chlopcy sa tak beztroscy ze weszliby nawet w najciemniejsza uliczke pelna psychopatow, gdyby ktos im powiedzial, ze na koncu jest czarodziejka i rozdaje cukierki i piwo.

Znajdujemy malutka, kolorowa i bardzo urocza uliczke. Artystow. Jak na wenezuelskie miasta nawet nie jest jakos nadzywczajnie brudna i zasmiecona. Myslelismy, ze jest dluzsza i wrecz chcielismy to sprawdzic, na szczescie powstrzymali nas miejscowi mowiac, ze mozemy isc jesli naprawde tak nam sie podoba robic prezenty ze swoich aparatow, pieniedzy, kolczykow etc etc. A ze wcale nam sie tak nie podoba wiec nie poszlismy, ale za to poszlismy na Mercado. Pierwsza ulica za pasazem nadrzecznym w Ciudad Bolivar cala jest zajeta przez Mercado na otwartym powietrzu. A w Mercado tym mozna kupic doslownie wszystko : ciuchy, elektronike, elektryke, lody, muzyke etc etc. Jedyne czego kupic sie nie da to warzywa, nie wiedziec czemu, a tego chlopcy poszukuja najbardziej, gdyz beztrosko wymyslili sobie, z zrobia swieza salate tego dnia. Gdy tylko kupuje sobie na przegryzienie szaszlyka spod ziemi pojawia sie male indianskie dziecko proszace mnie o kawalek. Dziecko chodzi za nami krok w krok wpatrujac sie we mnie i w szaszlyka jednoczesnie (mialo zeza rozbieznego, naprawde) tak intesywnie i tak wyraziscie ze po dwoch gryzach nie wytrzymuje i oddaje indianskiemu dziecku szaszlyka. Dziecko w odpowiedzi mowi “dziekuje” i odbiega jednoczesnie polykajac szaszlyka. Pierwszy raz widzialam zeby ktos biegl i polykal szaszlyka jednoczesnie. W dodatku ktos obdazony zezem rozbieznym. I musze powiedziec, ze jest to jednak smutny bardzo widok.










Warzywa znajdujemy w jakims dzownym sklepo- barze. Sa tak zwiedle jak na kreskowkach, ale chlopcy nie wiem jak, wyciagaja z tego klebowiska cos co z zamknietymi oczyma moza zjesc. Lub prawie dobrego.
Tym razem, w niedziele, decyduje sie na odwazny czyn w postaci wycieczka taxi de plazos na dworzec autobusowy. I nawet mi sie to udaje. Zanim sie zdecyduje mija mnie mniej wiecej 30 taxi deplazos ale w koncu sie zbieram na odwage i jest git. W nagrode funduje sobie zajebista empanada I jak wracam do posady to juz na mnie czekaja (rowniez w nagrode) zimne piwka. A centrum Bolivaru w niedziele jest puste...
Generalnie czas nam mija na jedzeniu (a gdzie kucharzy dwoch tam Olo ledwo sie rusza), piciu zimnego piwa i szlajaniu sie po jasnych stronach Ciudad Bolivaru.A takze na piciu zimnego piwa w hamakach. Spotykamy czasemi ludzi, ktorych poznalam w Canaimie, wiec z nimi tez pijemy zimne piwo i jemy lody. I generalnie mija nam czas bardzo bezstrosko. W momencie, ktorym jest mi tak beztrosko ze omal nie decyduje sie na spontaniczna przeprowadzke do Canaimy (skoro juz jestem w Ciudad Bolivarze i jest tak beztrosko blisko) decyduje sie krok na zachod i zakupuje bilet do Caracas.


Czekajac na autobus poznaje Indianina imieniem Cacique, z jednego z plemion z Gran Sabana. Cacique jedzie do Caracas na cos w stylu “obrad rzadowych.” Ma ze soba konstytucje, ktora zna na pamiec (to z tej konstytucji dowiaduje sie o 43 jezykach indianskich w okolicach) i sprawia wrazenie, ze naprawde wierzy w to wszystko sie we wladzy wenezuelskiej dzieje i w to, ze on jako Indianin, i on jako Indianin Cacique ma moc i cos moze. I naprawde naprawde w to wierzy. A ja nie wiem co o tym myslec. Czy mu wspolczuc, czy podziwiac, ze mimo tego wszystkiego co sie dzieje w jego kraju on wciaz ma tyle wiary.


super zdjecia :-) a jakie przygody :-)
ResponderEliminar