martes, 31 de mayo de 2011

na ile miejsc serce podzielic moge - jeszcze nie wiem

Ostatni dzien w Canaimie jest najsmutniejszym w calym wyjezdzie. Po nocnej burzy na gorze Diabla wytworzylo sie kilka tymczasowych wodospadow. Widok niesamowity, ale i tak jest smutno jakos.





I Rois jakos tak smutniej na tej lodce.

Jest duzo zimniej niz poprzedniego dnia, ja zgubilam swoja ukochana psuedo dresiarska bluze (miala 2 paski i dobrych kilka lat, wygladala juz niemal jakbym ja wyciagnela ze smietnika wielokrotnego uzytku, ale za to byla az przesycona wspomnianiami i uczuciami), siapi deszcz a woda bryzga spod lodki. I jest mi zdecydowanie zimno zimno zimno. Toni sprezentowal mi wprawdzie pomcho przeciwdeszczowe ale mimo jego szczerych checi niewiele mi to dalo. Jest zimno i pada i gdy Toni krzyczy ze trzeba wyskoczyc z lodki do wody i popchnac lodke odpowiada mu 12 par przerazonych oczu i zbiorowe milczenie. A ja w odpowiedzi wciskam sie wyginajac cialo w chinski hieroglif w dziub lodki i mowie “sam sobie skacz, wyskakuj, popychaj, rob co chcesz ale mnie stad nawet na sile nie wyciagniesz”. Toni mowi tylko “ok, ale ja probowalam”. Oczywiscie 5 minut pozniej zostaje totalnie, ale to totalnie zbryzgana woda. Totalnie.

Naszczescie pogoda wraca do normy i obsycham dosc szybko. I tylko Toni tez sie jakis taki troche smutny robi:

W samej Canaimie szlajamy sie jak dwa cienie z Tonim nie do konca wiedzac co z soba poczac. Przechodzimy rozne fazy: od wspolnego gapienia sie przed siebie, przez wspolne picie piwa i gadanie bez sensu az po wspolne rozwiazywanie sobie sznurowadel. Jedno jest pewne – nigdy zyciu nie spotkalam osoby takiej jak Toni (choc moze S. odrobine go przypomina) i bedzie mi bardzo bardzo smutno ze swiadomoscia, ze do konca wyjazdu bede juz bez niego i ze generalnie nie zobaczymy sie przez dluzszy czas. Staramy sie zatem ostatnie wspolne chwile spedzic jak najbardziej wspolnie, nawet jesli wspolnie znaczy bujanie sie na hamaku i gapienie na avionetki i mowienie i sluchanie “odezwij sie jak bedziesz w Ciudad Bolivarze ze bezpiecznie dolecialas”.

A potem juz jest tylko tak jak w amerykanskich filmach (na czele z Casablanca, nawet jesli tylko ze wzgledu na lotnisko) – Toni mnie odstawia na lotnisko a ja mam ochote wyc, ze musze juz opuszczac to miejsce i Toniego.I oczywisice wyje. I rycze. I placze. I jecze. I bardzo bardzo bardzo mi smutno

W ramach wyjasnienia. Toni nie jest pierwsza lepsza osoba poznana w podrozy, nie jest tez druga lepsza ani trzecia lepsza taka osoba. Nie jest znajomym ani dobrym znajomym z podrozy, z ktorym mniej wiecej przez facebooka ma sie kontakt odznacza sie zdjecia etc etc, a nawet czasem czatuje. Toni jest osoba wyjatkowa sam w sobie, tak jak odczuwanie rzeczyi zjawisk wraz z nim i smianie sie. Toni jest jedyna osoba, ktora bez uzycia ani jednego slowa czy gestu potrafi na mojej twarzy wywolac setke szczerych usmiechow, nawet gdy jest na innym kontynencie. Toni jest osoba, za ktotra regularnie i bardzo tesknie, za kazdym razem gdy sie chce czyms naprawde podzielic. I gdy orientuje sie ze to nie takie latwe, to mi smutno. I zdecyowanie jest moim najlepszym ruchomym wspomnieniem z Wenezueli. A na dowod tego ze nie jest to kontakt tylko na dodanie do facebooka i odznaczenie zdjec, Toni jest wlasnie w trakcie wyrabiania sobie paszportu (co w Wenezueli w zaleznosci od niewiadomo- czego moze mu zajac rownie dobrze 2 miesiace jak i 22 lata) celem odwiedzenia mnie w Barcelonie. A z reszta – po cholere mamy cokolwiek komukolwiek udawadniac ? :P

...

...

...

...

A w jednym domu w Canaimie, na ganku mieszka sobie prawdziwy pan Tukan. I tuka i tuka i tuka sobie beztrosko przez caly dzien…


No hay comentarios:

Publicar un comentario